music is ... muzyka z najlepszej strony.

Michał „bshosa” Brzozowski: ” Ludzie chcą odpocząć od marketingu, chcą tańczyć.”

Michał Bshosa Brzozowski / mat. prasowe

Michał Bshosa Brzozowski / mat. prasowe

Michał „bshosa” Brzozowski – czołowy animator polskiej sceny techno, DJ i producent (BLCKSHP), promotor i twarz jednego z najlepszych klubów – 1500m2. Stołeczny klub świętował niedawno swoje 5. urodziny – ostatnie w starej lokalizacji.

Już za chwilę – 12.12.- urodzinowe party Michała, na którym wystąpi legenda techno – Jeff Mills! Wirtuoz brzmień autentycznego, rasowego techno, członek kultowego Underground Resistance zabierze nas w podróż do Detroit. Bshosa nawiąże swym setem do tradycji imprez Detroit Zdrój – wszystko to w miesiącu wieńczącym działalność 1500m2 na klubowej mapie Warszawy pod starym powiślańskim adresem.

W wywiadzie „bshosa” opowiada mi o dotychczasowej działalności i sukcesach klubu 1500m2, atrakcjach związanych z urodzinami, wspomina czasy Detroit Zdrój, stołeczną scenę house & techno i rysuje obraz nowej imprezowej Warszawy…

Jesteśmy tuż po obchodach 5 urodzin klubu 1500m2 – czym były te dni dla Ciebie? Mam wrażenie, że stawili się wtedy wszyscy, którzy kochają ten klub. Czy Twoja impreza urodzinowa 12 grudnia będzie kontynuacją i prezentem dla Ciebie i publiczności?

Michał „bshosa” Brzozowski: To zawsze jest swego rodzaju prezent i dla mnie i dla publiczności. Dlatego bukuję artystów których kocham, tych których nigdy tu w Polsce nie było – lub dawno nie było. Zawsze celowałem w dobre nazwiska: pierwsza wizyta Jorisa Voorna, Simian Mobile Disco po raz pierwszy w wydaniu klubowym , Ben Klock. Te perełki można by mnożyć. Ostatnio miewałem 2 czy 3 headlinerów swojej imprezy urodzinowej – teraz będzie tylko jeden, ale wielki. A urodziny klubu były 4 dniowe, udało nam się przyjąć ogromną liczbę osób. Wielu pukało się pierwotnie w głowę na taki pomysł, ale te imprezy i koncert okazały się niewątpliwym sukcesem zważywszy na niszowy, undergroundowy charakter tej muzyki w naszym kraju.

2 lata temu, pisząc o imprezie z udziałem Jamie Jonesa zwróciłem uwagę na arcyważny aspekt związany z 1500m2: jego atmosferę, przyjacielskość i funkcję weekendowego domu dla wielu klubowiczów. Czy tutaj leży przyczyna sukcesu – działanie wg zasady My house is your house and your house is mine?

Michał „bshosa” Brzozowski: To na pewno. Trudno jest wciąż przebijać się z tą muzyką nie posiadając tak bogatych tradycji jak Niemcy czy Anglia, bez wsparcia mediów. Tam mainstreamowe radia puszczają house’owe czy garage’owe kawałki. Zmieniając to miejsce na Solcu i przekształcając je w warehouse’owy klub takie mieliśmy intencje. Zgromadziliśmy grupę ludzi myślących podobnie do nas . Nasi rezydenci, których starałem się też trochę wychować, należą dziś do znanych na polskiej scenie DJ-ów.
1500m2 jest więc dla wielu osób tym ważnym weekendowym miejscem spotkań. Dla wielu też już nie jest, bo niektórzy nie są klubowiczami całe życie. To styl życia nie dla każdego, dla niektórych to tylko faza przejściowa. Techno wciąż jest w Polsce nieodkryte, czasem źle się kojarzy, mimo aktualnej popularności np. EDM na świecie.


Ale tradycja clubbingu w Polsce sięga już też daleko, ponad 25 lat…

Michał „bshosa” Brzozowski: Zgadza się i na początku był to wielki hype, potem kryzys, znowu boom, a teraz ponownie faza wznosząca. I to właśnie jednoczy tych ludzi. Pojawiają się tutaj, uczestniczą w naszych wydarzeniach, bo nigdzie indziej nie są tak zrozumiani.

1500m2 miał być od początku przestrzenią artystyczną poświęconą na różne działania. Przez te kilka lat odbyły się tu niezliczone rave-parties, premiery płyt hiphopowych, przedstawienia teatralne, targi mody i slow food. Jak zarządza się tak szerokim spektrum działań, często odmiennych stylistycznie? Na Urban Market i koncert Łony przychodzili ci sami ludzie, co na Bena Klocka?

Michał „bshosa” Brzozowski: Nie wiem czy ci sami, ale oni wszyscy muszą czuć się tutaj dobrze. I czują się tak. Na te dzienne wydarzenia ściąga ta trochę starsza publiczność, bardziej masowa (eventy modowe czy urban markety). Jak się tym zarządza? Trzeba znaleźć do tego klucz, mieć ustawione cele. Nie wszystkie wydarzenia produkujemy sami, często stawiamy na kooperatywy, udostępniamy przestrzeń, dajemy doświadczenie w zarządzaniu miejscem, obsługę techniczną. Od tych ludzi czerpiemy energię, pomysły, nowe rozwiązania jakie sami przynoszą. Dzięki odpowiedniemu doborowi i proporcjom to świetnie działa. Poprzez muzykę house jest blisko do techno. Od techno jest bliżej do hip-hopu, stamtąd do mody, a moda wraca znowu do techno. Stąd zapraszamy ludzi o podobnym stosunku do życia, kultury. W klubie jest „niewidzialna” selekcja: nie ma tolerancji dla przemocy, naśmiewania się z innych, to miejsce otwarte. Stąd ktoś, kto np. opuszcza klub rano i mija panią z dzieckiem w wózku idącą na brunch, ma dać i odebrać wzajemny pozytywny przekaz poprzez np. uśmiechanie się do siebie. Polityka jako taka nas nie interesuje, jedno jest pewne: radykałowie z żadnej z opcji dobrze by się u nas w 1500m2 nie poczuli.

Przy tych wszystkich przedsięwzięciach zapewne istotny był fakt ukończenia przez Ciebie kierunku Music Management na akademii biznesu w Berlinie. Pomogło ci to w kierowaniu klubem? Czy od początku miałeś ambicję uczynienia Warszawy drugim Berlinem? Stąd działania wielotorowe?

Michał „bshosa” Brzozowski: Gdy zobaczyłem przestrzeń na Solec 18/20 po raz pierwszy, zwariowałem, wiedziałem od razu: TU jest Berlin! Wiedziałem, że w Warszawie można coś takiego zrobić. Myślę, że nasza formuła klubu i takie bookingi jakie mamy, w Berlinie byłaby jeszcze większym sukcesem. Ja mieszkając w Berlinie zostałem natychmiast zainfekowany kulturą tego miasta. To zostało we mnie na zawsze.
Moja wspólniczka Dorota chciała mieć tu pierwotnie miejsce typowo artystyczne, alternatywne, bez tak silnego akcentu na muzykę. Ale na sztuce w Polsce zarabia się jeszcze trudniej niż na muzyce. A kolejne projekty powstały na zasadzie naturalnego pączkowania. Na Lato powstało, bo w lecie nie dało się robić dobrych imprez pod dachem 1500 i szukaliśmy czegoś właśnie na lato. Miejsce się bardzo spodobało i molestowałem właścicieli, by je wyszarpać. Plażowa to wynik przetargu – trochę przez przypadek. Ten pawilon uważam za jeden z najpiękniejszych pawilonów użytkowych w Warszawie, również ze względu na położenie. Ja przygotowywałem się wtedy do innego przetargu na lokal w Warszawie, tymczasem okazało się, ze właśnie Plażową wygraliśmy!

Projekty jak Plażowa, Na Lato czy My’O'My pokazały zupełnie inny model gastronomii typu dine & dance. Uważasz się za prekursora tego typu rozrywki?

Michał „bshosa” Brzozowski: Tak, ale to nie ja byłem ich prekursorem, raczej inicjatorem powrotu tej formuły. Bo dancing z kolacją znany był już w PRL-u, np. w restauracji Sofia. Tak kiedyś balowano! Ale fakt jest taki, że te miejsca chwyciły, ludzie lubią tak spędzać czas. A to wszystko było napędzone energetycznie trochę wcześniej – sukcesem Placu Zabaw i Warszawy Powiśle. Ja ze swojej strony dodam: jak raz okiełznasz takie miejsce, masz ochotę robić kolejne takie projekty!

Istotnym punktem w twojej karierze był jednak Detroit Zdrój, słynne parties w klubie 55 w Pałacu Kultury i Nauki i open-airowy rave Wisłostrada – opowiedz coś o tym – nie wszyscy się na to załapali…

Michał „bshosa” Brzozowski: Ja i moi przyjaciele nie mieliśmy dokąd chodzić na imprezy w Warszawie i stąd się to wzięło, tak powstał ten imprezowy kolektyw: Eliza Krakówka (wtedy manager artystyczny 55 z PKiN) , nasz przyjaciel Shariff, który przyjechał z Detroit , Dr. Dip, który był DJ-em i grafikiem. To był idealny skład, by coś zrobić. Shariff na mapie Japonii namalował miasteczko, które nazwaliśmy Detroit Zdrój. A na pierwszą imprezę przyszło jakieś 200 osób, którzy szukali tego, co my. To był potencjał. Potem zapraszałem kolejnych DJ-ów, aż do największych bookingów jak Carl Craig. Zaraz potem pojawiła się audycja w Radio Roxy o tym samym tytule. Potem kolejne imprezy, w tym rave Wisłostrada na Cyplu Czerniakowskim, sesje zdjęciowe dla Aktivista, Laifa. Wspominam to bardzo miło. Teraz Eliza zajmuje się bardziej fotografią, Shariff wciąż produkuje muzykę, ja robię to co kiedyś, tylko na większą skalę. To był początek czegoś dużego, świetne czasy!

W kilka lat później – w grudniu 2014 na Twoich urodzinach zagra jeden z ojców techno – Jeff Mills. Sam niedawno przypominałem jego słowa, że techno nie zostało wymyślone jako muzyka do tańca, ale miało być manifestem futurystycznym. To wielka postać obok DJ-ów, którzy już byli w Polsce: Kevin Saunderson, Carl Craig, Sven Vaeth. Co dalej?

Michał „bshosa” Brzozowski: Nie wiem co się dalej wydarzy. Polacy kochają legendy, niezbyt ufają młodym artystom, nie ma tej świeżej świadomości muzycznej. Wielu właścicieli klubów narzeka, że jest revival tych brzmień, ale publiczność nie dopisuje. Dobrze sobie radzą festiwale, ale rynek sponsorski jest bardzo krótki. Ja dalej chcę robić duże imprezy. Chciałbym sięgać po ciekawych niszowych artystów i sprzedać na nich 1000 biletów. Ciągnie mnie też by robić duże, coraz większe rave’y.

W Polsce na scenie tanecznej mamy już bardzo znaczące bookingi, mocny line-up festiwalowy, jednocześnie Jacek Sienkiewicz powiedział mi niedawno w wywiadzie Czuć w powietrzu chęć powrotu do czasów wspomnianych nielegalnych imprez, do dzikiej spontanicznej zabawy. Tęsknisz za takim bardziej undergroundowym posmakiem rave’owania?

Michał „bshosa” Brzozowski: Tęsknię, oczywiście, że tak. Z jednej strony fajnie jest robić party ze znanymi ze sceny headlinerami, ale z drugiej chciałbym zrobić coś bardziej podziemnego, taką imprezę dla swoich ziomów: 200 osób, wszyscy się znają, przybijają sobie piątki, DJ-e grają najlepsze płyty. Są próby powrotu do takich imprez. Szkoda, że w Polsce jest obecny i dominujący ten kult pseudo-celebryty za didżejką. Ale stąd popularność imprez nad Wisłą, które mają taki posmak dzikiego undergroundu, tańca pod gołym niebem… Plus popularność festiwali Audioriver czy Nagle Nad Morzem. Ludzie chcą odpocząć od marketingu, chcą tańczyć.

Wrócicie do konceptu niedzielnych afterów Warsaw Hustles Harder?

Michał „bshosa” Brzozowski: To się raczej nie sprawdziło, prócz pierwszej edycji. Może ze względu na konieczność spójnego funkcjonowania restauracji na terenie klubu, problemu z sąsiadami. Ale mam kolejne fajne pomysły, które niebawem poznacie…

W tej chwili sam jesteś bardziej promotorem i DJ-em. Kiedy coś nowego nagra BLCKSHP?

Michał „bshosa” Brzozowski: W wyniku perturbacji życiowych trochę rozjechał nam się proces produkcyjny. Kamil przeprowadził się do Anglii, pracujemy na odległość ale w najbliższym czasie wychodzi remix dla Viadriny i szykujemy nowe demo które zniszczy świat. Na pewno będzie głośniej o BLCKSHP w tym roku niż było ostatnio – wracamy do pracy.

Warszawa w ciągu ostatnich lat dokonała wielkich kroków naprzód jeśli chodzi o clubbing: nowe lokale, letnie miejscówki, festiwale, showcase’y wytwórni muzycznych. Czego brakuje nam jeszcze?

Michał „bshosa” Brzozowski: Brakuje otwartości publiki. Chciałbym by ludzie wieczorem wychodzili z domu, by się bawić. Niekoniecznie na coś, co już znają. Czego trzeba, by przestać się interesować tylko kredytami, a nie dobrze spędzonym, zapamiętanym wieczorem….? Brakuje też dobrej przestrzeni do prezentowania sztuki, za to mnożą się kluby w typie pół-dyskoteki z repertuarem Radia Eska.

Zastanawiałeś się kiedyś jak zagospodarować publiczność osieroconą po Piekarni? Techno wydaje się dominować na stołecznej scenie, tymczasem house-parties praktycznie nie istnieją. Najbardziej komercyjna odmiana house grywana jest w dyskotekach – tymczasem powstaje coraz więcej płyt, imprezy z old-skoolem cieszą się wielkim wzięciem… W Music Is promuję usilnie polskie nowości z tej sceny jako House-Nation Poland

Michał „bshosa” Brzozowski: Tu jest pewien dysonans: z jednej strony ta społeczność house’owa nie ma się gdzie podziać, z drugiej – gdy jest fajny booking, to oni nie przychodzą. Nie wiem czy ludzie, którzy słuchają teraz house i garage, chcą np. chodzić do surowych czy plastikowych wnętrz. Najciężej w Warszawie pracuje się z muzyką house. Pamiętam jak trudno było się przebić z bookingiem Jamiego Jonesa… Ja chciałbym pracować i nad sceną house, ale nie mogę pracować nad wszystkim…

A cykl Garażowe Lowe, który promował brzmienia garage i 2 step?

Michał „bshosa” Brzozowski: Promotorzy tego nie kontynuowali, ja nie mogłem pracować nad wszystkim sam.

To chyba kluczowe zdanie z tego wywiadu…

Michał „bshosa” Brzozowski: Ja mogę ludziom oddawać serce, wspierać, ale nie zrobię wszystkiego za nich. Rzeczywiście: zajmuję się wieloma rzeczami: wymyślam projekty na przyszłość, jestem DJ-em, produkuję, stwarzam strategie rozwoju na przyszłość. Do tego lubię podróżować i mieć swoje życie osobiste, rodzinne.

W weekendowe wieczory w Radio Roxy miałeś swój program i prezentowałeś nowości. Kolejna radiostacja zmienia jednak profil skupiając się jednak na mniej wymagających słuchaczach i łatwiejszej muzyce. Scenę klubową w radio reprezentuje Czwórka i audycje weekendowe Berta. Polska nie jest gotowa na kultowe The weekend has landed?

Michał „bshosa” Brzozowski: Jest gotowa, ale może to już nie są czasy na radio? Kiedyś słuchało się kultowych audycji, miało nawyk słuchania. Może teraz wystarczy im internet?

Ale to nie tworzy wspólnoty, nie ma rozmów o nowych hymnach klubowych, nowościach na dany weekend…

Michał „bshosa” Brzozowski: Racja. Bardzo bym chciał, by tak było. Ja i inni DJ-e dawaliśmy z siebie wiele, teraz radia patrzą stricte komercyjnie. Czwórka zapowiedziała, że zagrałaby nawet disco-polo. Słuchacze czują się zdradzeni. Kiedyś włączałeś Houserkę, potem audycję hiphopową i nie czułeś się odrzucony. To nadal byli twoi ludzie, którzy się nie sprzedawali, identyfikowali z pewnym stylem życia, nie pieprzyli o celebrytach. Teraz nie ma się z czym identyfikować. W magazynie lifestylowym większość publikacji to product placement… Stąd większość Polaków młodych przegląda media źródłowe jak New York Times czy Resident Advisor. Dlatego potrzeba tworzenia silnej polskiej sceny i mediów dla naszych artystów z polskim contentem, by lepiej konkurować z zagranicą. Świat się zmienia szybko, bo kiedyś DJ-e byli tylko puszczaczami płyt, a teraz idolami popkultury. Tanie loty też wpłynęły na clubbing, bo można łatwo polecieć na Ibizę czy do Berlina i zobaczyć tam ulubionych artystów.

Czy nowe 1500m2 będzie polskim Berghainem? Z publicznością 18-100 lat i najlepszymi bookingami w tej cześci Europy?

Michał „bshosa” Brzozowski: Chciałbym , żeby tak było… Chciałbym, by nowe 1500m2 było lepsze od starego. Chciałbym mieć pewną sytuację odnośnie czynszu, umowy najmu, solidnej lokalizacji. Życzyłbym sobie mieć miejsce, w które będę mógł swobodnie inwestować przez parę lat.

Czekamy więc na nową lokalizację, kontynuację historii klubu 1500m2, która z końcem roku ma swój koniec. Czekamy na nowy początek, dziękuję za rozmowę.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...