music is ... muzyka z najlepszej strony.

mela

Mela Koteluk Migracje

rok wydania: 2014-11-17
wytwórnia: Warner Music Poland

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 25 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Na ten album czekałam tak długo, że aż zaczęłam się bać czy aby na pewno zapowiadana przez wokalistkę druga płyta okaże się strzałem w dziesiątkę czy może samobójczym strzałem w kolano. Wiecie, czasami po świetnym debiucie, artysta serwuje nam muzykę, której w ogóle nie da się słuchać i sami wątpimy w nasz gust muzyczny. Na szczęście okazało się, że w przypadku albumu Meli Koteluk takie wątpliwości są zbędne.

Gdy tylko wywalczyłam w sklepie swój własny egzemplarz „Migracji” natychmiast chciałam dowiedzieć się czy mój zakup jest słuszny. Przyznaję się – zaufałam swojej intuicji i zamówiłam album przedpremierowo. Stwierdziłam, że znając trzy, nota bene znakomite utwory znajdujące się na tym krążku, zaryzykuję i nawet jeśli pozostałe dziesięć piosenek okaże się totalną klapą, to po prostu nie będę żałować tego wyboru. Na okładce – Mela Koteluk, prawie płynąca, unosząca się w powietrzu. Na odwrocie lista utworów zapisanych w graficznym przekroju słoi drzewa. Trochę to nieczytelne, jednak pomysł sam w sobie – bardzo ciekawy – bliski przyrodzie. Zwłaszcza, że piosenka numer cztery to „Na wróble” – kompozycja stworzona na potrzeby projektu „Dilmah: W rytmie natury”. Ale zacznijmy od początku…

Utwór numer jeden to lekka „Tragikomedia” z szybko wpadającą w ucho melodią, cudownym głosem Meli i trafnym tekstem dotyczącym dwójki ludzi podczas kłótni (z moich rąk leci szkło / z twoich rąk leci szkło). Tytułowa tragedia między wokalistką a drugą osobą nie jest niekończącą się wojną – między nami katastrofa / chwilowo pali nas. Zarówno w „Tragikomedii” jak i w utworze „Stan Dusz” słyszymy odważne zmiany tempa. Aranżacje gonią się nuta po nucie, a delikatny głos wokalistki przewrotnie pokazuje swoją ogromną siłę. Trudno tutaj oddzielić od siebie muzykę, słowa i wokalizę, ponieważ każdy z tych czynników dopełnia całość.

Trzy następne utwory to piosenki, które poznaliśmy jeszcze przed premierą krążka „Migracje”. To właśnie „Żurawie origami” cichutko przyfrunęły do mojej głowy i namówiły mnie do zakupu płyty. Tutaj, przez prawie 4 minuty, znajdujemy piękny głos Meli, ciekawą grę słów, a także żywą melodię z mocno rysującym się werblem perkusji i elektryzującym brzmieniem gitary. Inne, zupełnie delikatne, okazuje się „Na wróble” – utwór kojarzący się z jesiennymi podróżami i wyprawami w bliskie mi Bieszczady. Świetnie słucha się tego w samochodzie, przy lekkim podmuchu wiatru i promieniach słonecznych, które zaglądają do nas przez szyby. „Na wróble” dodają odwagi i pchają nas do dalszego działania, do zdobywania tego o czym wcześniej nawet nie myśleliśmy.

Z kolei „Fastrygi” trochę mnie zasmucają. Mimo iż słyszymy a jeśli zerwie dach huraganowy wiatr / ląd nie utonie to ja znalazłam tutaj rozpaczliwy krzyk walki. Jednak jest to wygrana walka. Następnie odnajdujemy bardzo ciekawy utwór instrumentalny – „Zmienne tętno”. Jedyny minus tej kompozycji to fakt, że trwa tylko 1:11. „Tango katana” niestety nie do końca urzekło mnie swoim minimalizmem. Wokal spotyka się tutaj z bardzo oszczędnym akompaniamentem gitary. Bezapelacyjnie pasuje to do słów utworu, ale mi z całej kompozycji zdecydowanie spodobał się moment z trochę psychodelicznymi brzmieniami (występujący około drugiej minuty). Dużymi wadami są dla mnie dwie rzeczy. Pierwsze – pozbawione rymu i rytmu frazy (powinnam była przyznać ci rację / bo racje bez wątpienia miałeś) które od razu zniechęcają mnie do dalszego wsłuchiwania się w utwór. Drugim defektem jest refren – mam wrażenie, że Mela bardzo się męczy wyśpiewując ten fragment.

„To nic” to mój zdecydowany faworyt. Jest to spowodowane tym, że zarówno instrumentarium jak i wokaliza, do samego końca przypomina mi twórczość Katarzyny Nosowskiej (zwłaszcza z płyty „8”). Jeśli to była celowa inspiracja piosenkami Nosowskiej to Koteluk wybrała sobie naprawdę godny wzór do naśladowania. Kawałki „Pobite gary” i „Migracje” to radosna zabawa muzyką i słowem – pewne przeciwieństwo wybrzmiewającej wcześniej nostalgii. Dużo energii, którą niesie melodia, porządne przenośnie w tekstach i mocny głos Meli.

Zbliżając się do końca napotykamy drugi utwór instrumentalny. „Duszno” to sekcja dęta i magiczny świat czarów. „Przeprowadzki” to zaś tajemniczy i elektryczny ciąg dalszy do wcześniejszego minutowego instrumentarium. Całość zamyka „Jak w obyczajowym filmie”, gdzie przebija się jeszcze więcej nowego elektronicznego grania i post-punkowego brzmienia gitary. Mroczne i waleczne, a co najważniejsze to fakt, że dalej słyszymy tutaj delikatną Melę Koteluk, którą poznaliśmy w „Spadochronie”.

„Migracje” to wspaniała wędrówka poprzez szereg gatunków artystycznych. Przez popowe rytmy, elementy elektroniki i mocne gitarowe riffy. Podróżujemy, wędrujemy i galopujemy z artystką w stronę niestandardowego nurtu muzycznego. Koteluk maluje tutaj nie tylko melodią, lecz także słowem. Na debiutanckim krążku objawia nam się jako poetka, lecz tutaj widzimy ją także jako miłośniczkę szukania nowych, niekonwencjonalnych rozwiązań. „Migracje” to różnorodność, to nieograniczona niczym przestrzeń, a Mela Koteluk to z pewnością muzyczny geniusz na polskiej scenie muzycznej.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...