Muzyczne tworzywa, które od kilkunastu lat wychodzą spod ręki braci Waglewskich, nie sposób dokładnie określić i włożyć do jednej szuflady. Zabawa dźwiękiem, gatunkiem i stylem to już poniekąd znak rozpoznawczy Fisza, czego dowodem mogą być jego różne muzyczne wcielenia na przestrzeni ostatnich 14 lat. Można pokusić się o twierdzenie, że nowe braterskie wydawnictwo zatytułowane „Mamut” to pewnego rodzaju mieszanka, która potrafi przenieść nas do różnych epok i czasów na muzycznej osi.

Pierwszy singiel zdawał się wprowadzać nas nieco w błąd w kwestii ostatecznej koncepcji albumu. „Pył” to taneczny, energiczny i mocno elektroniczny numer, który klimatem przypomina stylistykę fali nowych polskich zespołów jak KAMP czy Fair Weather Friends. Delikatny głos Justyny Święs z The Dumplings na wkręcającym bicie to strzał w dziesiątkę. Taneczną elektronikę odnajdziemy jeszcze w ostatnim utworze „Piwnica”, która wraz z pierwszym na liście „Pyłem” stworzyła perfekcyjną klamrę kompozycyjną. „Mamut” to jednak nie tylko taneczne, dynamiczne rytmy.

Obiecująca polska wokalistka z The Dumplings uświetniła jeszcze swoim wokalem dwa utwory: „Wróć” i „Ślady”. Ten drugi na pewno ma prawo aspirować do miana najlepszego numeru całego albumu. Tym razem mamy do czynienia ze zmysłową, elektroniczną nutą doprawioną romantycznymi dźwiękami pianina. Kojący głos Święs to wisienka na torcie. Nie można pominąć również świetnego duetu Fisza z Kasią Nosowską. Utwór „Wojna” to muzyczny popis Emade na perkusji w duecie z gitarą basową i instrumentami smyczkowymi przeplatanymi uzależniającym oddechem, który wkrada się do naszej głowy już od pierwszej sekundy. „Wojna” wybija się na tle innych piosenek, nie tylko dzięki mocnemu i dynamicznemu rytmowi, ale również za sprawą genialnego tekstu, który z jednej strony jest lekko przerażający, a z drugiej szalenie intrygujący, momentami romansujący z poezją.

Fani kultowych „Polepionych dźwięków” czy „Piątku 13” znajdą coś dla siebie w utworach z DJ Epromem. „Bieg” czy „Dzień Dobry” aż pachną hip-hopem z lat 90. w stylu Mos Defa czy J Dilli. Nic dziwnego, że podczas najnowszej trasy koncertowej przy zapowiedziach tych dwóch numerów, tłum szalał i wpadał w euforyczny stan. To po prostu dawny Fisz w nowym wcieleniu, za którym wszyscy tęskniliśmy.

Uwielbiam artystów, których nie da się zaszufladkować. Uwielbiam albumy, na których każda piosenka niesie za sobą inne brzmienia. Uwielbiam utwory, które mnie zaskakują, a jednocześnie przypominają mi o dawnych, kultowych numerach. Uwielbiam mieszanki – a z najnowszego muzycznego tworzywa braci Waglewskich chętnie wyłuskam taką refleksję: jest jeszcze jeden i ostatni mamut, który na pewno zostanie z nami do końca świata. I o jeden dzień dłużej. Bo na szczęście ten muzyczny nigdy nie wyginie.

Nie ma więcej wpisów