music is ... muzyka z najlepszej strony.

Brennnessel On Tour w Warszawie

Kamp! / mat. prasowe

Kamp! / mat. prasowe

Przyszły oraz tegoroczny debiutant i aspirująca gwiazda, czyli koncertowy skład jednej z najciekawszych wytwórni. Brennessel On Tour, to wspólna trasa artystów młodych, uważanych za zdolnych, ambitnych i mających potencjał. Oxford Drama, We Draw A oraz Kamp! z pewnością stanowią jedne z najgorętszych nazw na polskiej scenie muzycznej w ostatnim czasie. Co za tym idzie, sam pomysł zorganizowania ich wspólnej trasy był genialny. Niestety okazało się, że zdecydowanie gorzej jest z wykonaniem.

Brennnessel On Tour odwiedziło wiele polskich miast. Na trasie znalazła się miedzy innymi Łódź, Katowice, Kraków i dużo innych, z finałem w Warszawie. W roli supportu tradycyjnie wystąpił najnowszy nabytek wytwórni, obiecujący duet Oxford Drama. Duża przestrzeń klubu Stodoła zdawała się odrobinę przytłaczać młodych muzyków. Jednak to dopiero początkująca formacja, która na tzw. „wyrobienie się” ma jeszcze czas, a początki póki co nie są najgorsze. Na swoim koncie mają kilka nagrań i planują wydanie pierwszej EP-ki, którą zapowiada mający niedawno premierę kawałek „Limbo”.

Zaraz po Gosi Dryjańskiej i Marcinie Mrówce wystąpił duet We Draw A. Autorzy chyba jednej z najciekawszych płyt tego roku dali występ, który spełnił oczekiwania. Były momenty zarówno przebojowe, jak i bardziej stonowane. Radek Krzyżanowski i Piotr Lewandowski bardzo zgrabnie przechodzili z utworu na utwór. Raz skłaniali do lekkiego kołysania się w rytm ich dźwięków, by zaraz potem wprowadzać w elektroniczny trans bądź przyjemne osłupienie. Wszystko to złożyło się na naprawdę niezły, spójny koncert, który zdecydowanie podnosi wartość nowego materiału.

Po dosyć spokojnym oraz wyważonym, jednakże całkiem dobrym i pozostawiającym pozytywne wrażenia koncercie We Draw A spodziewałem się, że Kamp! swoim tanecznym, przebojowym show będzie dla nich idealną przeciwwagą i prawdziwą koncertową petardą. Niestety moje oczekiwania okazały się wygórowane, rzeczywistość zweryfikowała wyobrażenia, a zamiast eksplozji był jedynie lekki huk kapiszona.

Będąc już na n-tym koncercie tria Kamp! stwierdzam, że ten był zdecydowanie najgorszy. W dużej mierze zaprezentowany został materiał z nowej płyty. Z trudem przychodzi mi odszukanie w pamięci jakiegokolwiek tytułu piosenki, która tego wieczora wbiłaby mi się w pamięć. Grupa straciła ze swojej przebojowości i energii, która wręcz kipiała ze sceny jeszcze tak niedawno, bo parę miesięcy na Open’erze. Nowy materiał, przynajmniej na żywo, wypada jak na razie drastycznie bezbarwnie, bezpłciowo, a szukając dalej adekwatnych określeń – po prostu jednostajnie. Na dodatek nie wzbudza żadnych emocji, bowiem trudno odróżnić jeden utwór od drugiego. Zamiast koncertowej petardy, Kamp! sukcesywnie wprowadzał w stan sennego osłupienia. Tylko niektórzy odważyli się na lekkie bujanie lub oszczędny taniec. Naprawdę rzadko zdarzało się, by ten letarg przerwał jakiś charakterystyczny przebój. Nawet „Cairo” czy „Early Days” wypadło wyjątkowo blado na tle koncertów z przeszłości i brnąc dalej w porównania, również i entuzjazm publiczności zdawał się być mniejszy.

Co więcej, będąc strasznie statycznymi, zespół nie zachęcał do współpracy. Przez zdecydowaną większość koncertu Tomek Szpaderski stał za ścianą światła, a na scenie dopatrywać można było się jedynie niewyraźnych, skrytych w cieniu, oszczędnych ruchów pozostałych członków zespołu oraz stojącego samotnie przez cały czas mikrofonu. Przy tym ogólnym braku silniejszych bodźców i wiejącej nudzie, ciężko było skupić uwagę na czymkolwiek. Dopiero w końcówce koncertu cała trójka jakby zorientowała się, że impreza dobiega końca, a na scenie wreszcie zaczęło dziać się coś ponad zwyczajną grę świateł.

Powiedzieć, że Brennnessel On Tour pozostawiło po sobie niesmak, to jak nie powiedzieć nic. Najbardziej adekwatnym określeniem byłoby „zażenowanie” oraz poczucie straty czasu i przypuszczam, że u niejednego – pieniędzy. Z neurotycznym niepokojem spoglądam na nadchodzącą płytę Kamp!. Zespół, który ma na swoim koncie dziesiątki koncertów za granicą zdecydowanie zaniża loty odchodząc od charakterystycznego energicznego grania i sprawiając przy tym, że ich koncerty stają się najzwyczajniej w świecie nudne i pozbawione jakiegokolwiek wyrazu. Może to spadek formy, wyczerpanie materiału? To wiedzą już chyba tylko oni sami. Niemniej jednak myślę, iż panowie nie powinni spoczywać na laurach debiutanckiej płyty. Pozostaje im jeszcze sporo do nadrobienia i widząc pewne podobieństwo do Cut Copy uważam, iż w kwestii występów na żywo mogliby się wiele nauczyć od swoich australijskich kolegów, by następnym razem sala nie zaczęła pustoszeć już w połowie koncertu, a jedyną procentującą rzeczą nie był alkohol.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...