music is ... muzyka z najlepszej strony.

Zatrzęsło Palladium przy dźwiękach Royal Blood

Royal Blood / fot. Karolina Lewandowska

Royal Blood / fot. Karolina Lewandowska

Czas już raz na zawsze zapomnieć o Arctic Monkeys, koszulce i Glastonbury. Royal Blood piszą własną historię, której wstydzić się nie muszą. Kolejny jej rozdział z Polską w tle powstał minionego wieczoru w stołecznym klubie Palladium.

Zanim jednak podano danie główne czekała na nas przystawka w postaci tria Mini Mansions. Jest to poboczny projekt basisty Queens of the Stone Age. Takie korzenie oraz wspólna trasa z Royal Blood sugerowałyby mocne, gitarowe granie. Okazuje się jednak, że jest to kolejny przykład mylących pozorów. Dźwięki serwowane przez Amerykanów przywodzą na myśl brzmienie, jakie tworzyłoby wspólne dziecko Josha Homme’a oraz Dave’a Gahana z Depeche Mode. Mocne gitarowe riffy, choć momentami przejmują pierwszy plan, zwykle przyćmione są przez dźwięki klawiszy i wcześniej przygotowane loopy. Całość okraszona jest wyjątkowym dwugłosem, który potrafi płynnie przejść od psychodelicznie wysokich dźwięków do uwodzicielskiego mruczenia. Mini Mansions byli pozytywnym zaskoczeniem tego wieczoru. Serwując nam około półgodzinną rozgrzewkę potrafili wzbudzić zainteresowanie swoją twórczością. Zdecydowanie od teraz będę miał na nich ucho.

Punktualnie o 21 na scenie pojawili się panowie z Royal Blood. Pierwsza, mimowolna myśl to „czyli można odnieść sukces i wejść na scenę o czasie”. Była to ostatnia konkretna myśl, na którą pozwolił sobie mój umysł. Od tej pory zawładnęły nim soczyste dźwięki wytwarzane przez Brytyjczyków. Niezmienny podziw budzi we mnie, jak przy pomocy zaledwie dwóch instrumentów można stworzyć tak fantastyczną i niebanalną muzykę o wprost niepojętej sile rażenia. Gdyby być wystarczająco odważnym, żeby w szalejącym tłumie zamknąć oczy, można by odnieść wrażenie, że sceną włada grupa rockowych szamanów, która wprawia zebraną publiczność w dziki trans. Równie wielkie wrażenie, jakie zespół robił na swoich fanach, fani zrobili na zespole. Oprócz wypowiedzianego łamaną polszczyzną, nieco oklepanego „kochamy Was”, Mike Kerr pokusił się o swojskie „jesteście zaje****i”. Podejrzewam, że kokieterii i wpływu organizatora było w tym niewiele, w końcu dziewczyna Mike jest Polką, a wiadomo, od jakich słów Polacy zaczynają uczyć swoich zagranicznych znajomych naszego pięknego języka. Otwartość zespołu na publiczność pokazuje też, jak długą drogę Royal Blood przebyli przez ostatnie pół roku. Z Open’era pamiętam ich, jako zespół z ogromną energią, jednak nieco wycofany, skupiony na graniu i nieśmiało zwracający się do zgromadzonych melomanów. W Palladium stało przed nami dwóch świadomych swojej mocy oddziaływania, pełnokrwistych muzyków pewnych jakości dźwięków, jakie nam prezentują. Dla nas, zebranych pod sceną, ta zmiana oznaczała jeszcze więcej energii od chłopaków.

W Gdyni popękała drewniana podłoga. W Warszawie Royal Blood sprawili, że cały budynek, w którym mieści się Palladium zadrżał w posadach. Jedynie, do czego można mieć zastrzeżenia do długość koncertu. Nie można jednak wymagać za dużo od zespołu, którego cały materiał ledwo przekracza poł godziny. Niecierpliwie czekam na kolejny album i powrót z dwa razy dłuższym setem. Jeśli rok 2015 zaczyna się takim mocnym uderzeniem, już nie mogę się doczekać, co jeszcze przyniesie.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...