music is ... muzyka z najlepszej strony.

The Dream Walker

Angels & Airwaves The Dream Walker

data wydania: 08-12-2014
wytwórnia: To The Stars Record

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 6 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Powołanie do życia Angels&Airwaves było ogromnym ryzykiem, którego w 2005 roku podjął się Tom DeLonge. Wówczas jedna trzecia legendarnej kapeli Blink-182 i sprawca ogromnego zamieszania na scenie kalifornijskiego punka, zapragnął dorosnąć. AVA początkowo była odskocznią od zabawnego i energicznego wymiatania na elektryku, a z czasem stała się głównym projektem DeLonge’a. Ucierpiało na tym istnienie samego Blinka. Zespół ogłosił zawieszenie działalności, a Tom wreszcie mógł skupić się na nowym wyzwaniu.

Zaangażował w niego swoich znanych kolegów po fachu – Atoma Willarda z The Offspring, Matta Wachtera współpracującego z Thirty Seconds To Mars, czy Ilana Rubina kojarzonego choćby z Nine Inch Nails i Paramore. Zespół szybko określił swoje brzmienie na debiutanckim krążku „We Don’t Need To Whisper”, na którym muzycy pokazali światu swoje alternatywne, czysto space rockowe oblicze. Niestety, nawet spektakularny singiel „The Adventure” nie wywołał zamieszania na światowych listach przebojów, a fani domagali się powrotu DeLonge’a do starego, punkowego grania.

Kolejny album „I-Empire” i dwa następne „Love part I” oraz „Love part II” okraszone nawet filmową produkcją z gatunku science-ficion, utwierdzały słuchaczy w przekonaniu, że Tom DeLonge nie ma zamiaru wracać do image’u szalonego młodzieńca śpiewającego o pierwszych randkach. Co więcej, wciąż chce się rozwijać. Już nie tylko nagrywa muzykę, ale próbuje swoich sił w filmie (pisząc scenariusz i produkując krótkometrażowy obraz „Poet Anderson: The Dream Walker”) i literaturze (wydając powiastkę dla dzieci: „The Lonely Astronaut on Christmas Eve”). AVA stała się dla niego projektem przełomowym i bez wątpienia godnym uwagi. Ten, kto dotychczas do działań ex-blinka podchodził z rezerwą, powinien sprawdzić najnowszy album „The Dream Walker”. Okazuje się bowiem, że Tom DeLonge to niezwykle pomysłowy muzyk, mający słuchaczom wiele do zaoferowania.

Piąte wydawnictwo AVA to ponad czterdzieści minut dobrego, alternatywnego rocka. Nie jest to już tak oczywiste i dosłowne granie, jakie muzycy zgromadzili na poprzednich albumach. Tutaj space rock miesza się z elementami post-hardcore i electro. O ile numer otwierający całość, „Teenagers & Rituals”, sprawia wrażenie jakby został zagubiony podczas prac nad „I-Empire”, to albumowa dwójka – „Paralyzed” – dostarcza nam nowych impresji. Szczególną uwagę przykuwają mocne gitary, dopieszczone melodyjną elektroniką. Muzycy wiedzą, jak obchodzić się z efektami i nie zawahali się ich użyć, nagrywając „The Wolfpack”. Utwór ten bez problemu mógłby stać się przebojem niejednej rozgłośni radiowej – oczywiście o ile te otworzyły by się na szeroko pojętą alternatywę. A słowa refrenu it’s alright, a bit scathed, a bit lost/I’ve been played, I ain’t that clever będą brzmieć w naszych głowach jeszcze przez długi czas od wysłuchania numeru.

Jednakże to „Mecenaries” wybija się na pierwszy plan „The Dream Walker” i niejako stanowi definicję projektu. DeLonge i Rubin doskonale wykorzystali cztery i pół minuty na przedstawienie jaskrawych, nieoczywistych, a jednocześnie intensywnych emocji na płaszczyźnie dźwięku i tekstu. Wszystkie kompozycje umiejętnie spajane są brzmieniem elektroniki. Jedynie „Anomaly” zamykające krażek nieco kłóci się z klimatem, w jakim utrzymane są wcześniejsze piosenki. Spokojna gitara akustyczna i delikatny wokal przywołują na myśl ballady w stylu Box Car Racer. Brakuje tutaj odrobiny oniryczności, której nie zapewniły nawet wdzierające się pod koniec efekty. Jednakże błędem byłoby odrzucenie „The Dream Walker” jako całości, gdyż jest to świeży, bezpretensjonalny album z kilkoma godnymi uwagi perełkami muzycznymi.

DeLonge umiejętnie modyfikuje styl AVA, choć unika kombinowania w partiach wokalu. Muzykowi wciąż towarzyszy charakterystyczna maniera, którą przed dekadą pokochali (a niektórzy znienawidzili) miłośnicy kalifornijskiego punk rocka. I tu sprawdza się ona stosunkowo dobrze. Szkoda tylko, że Tom DeLonge po ponad dziesięciu latach wciąż musi walczyć z łatką zwariowanego punka bez krzty talentu. „The Dream Walker” powinien zamknąć usta wszystkim niedowiarkom, bo to solidny, alternatywny projekt.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...