music is ... muzyka z najlepszej strony.

Ten Love Songs

Susanne Sundfør Ten Love Songs

data wydania: 2015-02-16
wytwórnia: Sonnet Sound Limited

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 13 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Wokalistka, która u siebie w kraju regularnie zajmuje pierwsze miejsca w wynikach sprzedaży albumów oraz singli, a którą zauważono także na Wyspach, u nas wciąż jest bardzo mało znana. A szkoda, bo to przekłada się na brak koncertów. Jeszcze bardziej smuci fakt, że Susanne jest w Norwegii najprawdziwszą gwiazdą pop podczas kiedy w naszym kraju gwiazdy muzyki popularnej wyglądają i brzmią zgoła inaczej. Nie mam zamiaru jednak skupiać się tu na polskich realiach, ale na samej Norweżce, która po raz kolejny udowadnia, że tworząc przyjemną dla ucha, lecz również ambitną muzykę można odnosić sukcesy.

Wchodząc do studia z nowym materiałem artystka miała już na koncie współpracę z takimi gwiazdami jak M83 oraz Röyksopp, co jeszcze bardziej dodaje prestiżu, a z tej pierwszej znajomości skorzystała podczas nagrywania jednego z nowych kawałków. Anthony Gonzales wyprodukował „Memorial” – najdłuższy, najbardziej złożony i najbardziej patetyczny utwór na „Ten Love Songs”. Zarówno producent jak i wokalistka mają tendencje do rozmarzonych i romantycznych kawałków, ale dziesięciominutowa symfonia, którą wspólnie stworzyli przerasta oczekiwania i zamierzenia chyba nawet samych artystów. Nie mówię, że nie jest ładna, ale instrumentalna część trochę niesmacznie kojarzy mi się z Muse, a słodki wokal na tle rozdmuchanych smyczków pasuje do filmowych ballad z czasów świetności Celine Dion. Sama Sundfør zresztą zauważa pierwiastek kiczu w tym kawałku, ale zaznacza, że był to zamierzony efekt, ponieważ ona sama kocha taki pop i się tego nie wstydzi.

W porównaniu z kameralnym i chłodnym „Silicone Veil” ten krążek ma w sobie zdecydowanie więcej dynamiki oraz melodyjności, a począwszy od drugiego w kolejności „Accelerate” królują na nim lata 80. To właśnie w „Accelerate” i w mroku, który kryje się pod gęstą warstwą syntezatorów, słychać echa Depeche Mode. Można nawet pójść o krok dalej i powiedzieć, że jest to piosenka, którą Gore, Gahan i reszta mogliby nagrać gdyby nie ewidentny brak pomysłów w ostatnim czasie.

„Ten Love Songs” to także album kontrastów. Na samym końcu tracklisty pojawia się totalnie eksperymentalny, futurystyczny kawałek opatrzony połamanym beatem i przeszywającym basem, ale na całej płycie przeważa czysty, lekki pop w stylu „Fade Away” czy „Kamikaze”, które mają największy potencjał na radiowy przebój.

Temat uczuć przewija się w każdym utworze, choć wokalistka twierdzi, że oryginalnym zamierzeniem było nagranie albumu o przemocy, jednak za każdym razem i tak sprowadzało się to do pisania o związkach i relacjach międzyludzkich. Historie miłosne nie zawsze są historiami o szczęściu, tak jak rozdzierający hymn „Darlings” czy podobnie ascetycznie zaaranżowana ballada „Trust Me”. Teksty na „Ten Love Songs” są dosyć dosłowne i jak przystało na czołową romantyczkę norweskiego popu traktują o miłości – co wcale nie dziwi. Gorzej robi się we wspomnianym wcześniej „Memorial” ponieważ linijka: hope you’ll come back again even though I know that you’re heartless… plus gwiazdy, kosmiczna miłość i tym podobne wyrażenia to dla mnie już za dużo.

Mimo drobnych zastrzeżeń nie sposób jest przejść obok najnowszego albumu Susanne Sundfør obojętnie – jest przebojowy, różnorodny, świetnie wyprodukowany (w większości przez samą artystkę) i wzruszający. Nie jestem tylko pewna czy zapadnie mi w pamięć tak samo jak mniej oczywisty, owiany aurą tajemniczości „The Silicone Veil” Ale to już zupełnie inna historia.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...