Są zespoły, na koncertach których powinno pojawić się raz w życiu i wspomnienia z tego wydarzenia pozostawić nienaruszone. Bez porównywania, bez oceniania, bez faworyzowania. Nad koncertem Queen można dywagować na wiele sposobów, ale bez względu na to, co się podobało, a co nie, wielkości, klasy i kultowego statusu odebrać im nie można.

Pytanie czy Queen bez Freddie’ego, to wciąż Queen pojawia się za każdym razem, gdy Brian May i Roger Taylor dają o sobie znać. Odpowiedź na nie, każdy z fanów obecnych na koncercie znalazł sam. Wypełniona po brzegi Kraków Arena podobnie jak wrocławski stadion w 2012 roku zgromadziła rzeszę fanów, którzy w większości na to wydarzenie czekali przez całe swoje życie. 40-parolatkowie, w starych spranych koszulkach swojego ukochanego zespołu oczekujący, aż wielka Królowa pojawi się na scenie. Kiedy ogromna kurtyna z logiem opadła w dół, a z głośników popłynęły pierwsze dźwięki „One Vision” można było powiedzieć sobie „To jest to!”. Tego wieczoru usłyszeliśmy przekrój najważniejszych w historii tej grupy utworów. Prawie 3-godzinna setlista złożona z nieśmiertelnych kawałków, po tylu latach wciąż mających w sobie ogromny potencjał, które nie starzeją się i wychowują kolejne pokolenia muzycznych freaków.

Od „Another One Bites the Dust”, przez „Fat Bottomed Girls”, „Killer Queen” i „Somebody to Love”, w których Adam Lambert dawał popis swoich umiejętności wokalnych, aż po te najlepsze koncertowe momenty, czyli „Love of My Life” zaśpiewane przez Briana May’a czy chóralne „Bohemian Rhapsody”. To właśnie te dwa ostatnie utwory najbardziej poruszyły publicznością. Moment, w którym na ogromnym, zamkniętym w literce Q telebimie pojawił się Freddie i dokończył ostatnią zwrotkę najpiękniejszej ballady w dorobku grupy, był swoistego rodzaju kropką nad „i”. Mocno rozbudowane partie instrumentalne w „Last Horizon” to popis mistrzowskiej gry May’a. Swoje 5 minut miał także Roger Taylor, tym razem w duecie ze swoim synem Rufusem, z którym stoczył perkusyjną bitwę.

Wielkość tych muzyków potwierdza się wraz z każdym dźwiękiem, jaki nam serwują. Wspaniale wyreżyserowane widowisko, bogate w efekty świetlne, doskonale zagrane, wciąż porywające utwory, w których Lambert odnajduje się znakomicie. Jego osoba budzi emocje, często skrajne. Zachwyca, prowokuje, ale nigdy nie pozwala przejść obok niej obojętnie. Specyficzny, charakterystyczny, wpasowujący się w teatralność Queen, oprócz tego, że potrafi odśpiewać trudne w swej konstrukcji piosenki, to jeszcze wnosi trochę scenicznej świeżości do koncertowego repertuaru. Nieco bardziej pewny siebie, mniej zdystansowany i zachowawczy niż kilka lat temu, ale wciąż znający swoje miejsce w szeregu. Charakterystycznym dla siebie image’em idealnie wpasował się w stylistykę zespołu i to, z czym zawsze był on kojarzony – charyzmatycznym wokalistą. Z ogromnym szacunkiem do dorobku grupy i samych muzyków pokazał, że można zrobić coś równie dobrego jak przed laty, trochę inaczej. Freddiego zastąpić się nie da i to nie ulega żadnym wątpliwościom. Adam godnie przejął pałeczkę i choć niektóre zachowania wydawały się być nieco na wyrost, to jednak nikogo nie udając stworzył coś wyjątkowego, do czego z nostalgią będziemy wracać.

Krakowski koncert był kolejnym dowodem fenomenu Queen. Przez lata zespół zdobył popularność, o jakiej dzisiejsze kapele mogą jedynie pomarzyć. W najlepszym momencie swojego istnienia stracił wokalistę, którego zastąpić się nie da. Po latach odrodził się, dając do ręki mikrofon zwycięzcy talent show, a mimo to nadal ma rzeszę wiernych fanów, którzy wciąż chcą oglądać ich na żywo i świetnie się przy tym bawić. W tym przypadku powiedzieć można tylko jedno: „God Save The Queen”.

Nie ma więcej wpisów