music is ... muzyka z najlepszej strony.

Warszawa w rytmie Electronic Beats

Electronic Beats 2015 / fot. Radek Zawadzki

Electronic Beats 2015 / fot. Radek Zawadzki

W ostatni piątek lutego Warszawa po raz kolejny zadrżała w rytmach Electronic Beats, inicjatywy w ramach której do największych miast Europy przybywa grono inspirujących artystów, reprezentujących przeróżne barwy muzyki, nie tylko elektronicznej. Jak to miało miejsce w zeszłym roku, impreza została podzielona na dwie części. Najpierw uczestnicy mieli okazję bawić się w Palladium, by na wieczorne tańce przenieść się do Basenu. Doborowy line-up kazał się spodziewać sporych emocji i rzeczywiście, tych na scenie jak i wśród publiczności zdecydowanie nie brakowało.

Pierwsza scenę skradła Adi Ulmansky, pochodząca z Izraela wokalistka, raperka i producentka w jednej osobie. Tak, to prawda, Adi jest odpowiedzialna za każdy dźwięk usłyszany podczas krótkiego występu, a w Warszawie pojawiła się tuż przed wydaniem kolejnej EP-ki, która ma mocniej czerpać ze stylistyki downtempo. Taki też klimat towarzyszył kilkudziesięciu minutom, które można było spędzić z artystką. Nie powiem, brzmiało to przyjemnie, bujało odpowiednio, ale gdzieś zatraciła się ta zadziorna Adi, którą polubiłam na EP-ce „Hurricane Girl”. Trochę mi szkoda, że ten muzyczny etap ma już za sobą, niemniej trzymam kciuki za rozwój jej kariery, bo widać, że na scenie potrafi zaczarować i sprzedać swój nieprzeciętny talent.

Z kolei norweska grupa Highasakite pokazała co pięciu wykształconych muzyków jazzowych może wspólnie osiągnąć, jeżeli przestaną zajmować się dedykowaną dziedziną muzyki. Kiedy czytałam, że otrzymali w swoim kraju miano „best pop act” (pokonując Todda Terje, czy Röyksopp i Robyn) byłam co najmniej zdziwiona. Piątkowa noc zweryfikowała moje uprzedzenia – zespół na żywo ma naprawdę wielką moc. Utwory z płyty Silent Treatment nabrały na koncercie nowej jakości. Sprawdziły się kawałki z gatunku ulotnych, jak otwierające „Lover, Where Do You Live?” (granie smyczkiem na gitarze, pięknie!) czy mocniejsze, jak prowadzone z folkowym pazurem „Leaving No Traces”. Do tego wyjątkowa oprawa wizualna (ciekawie zaprojektowane reflektory, czy raczej lampy) sprawiła, że wizerunek sceniczny zespołu stanowił tego wieczora spójną całość. Początkowe problemy techniczne szybko poszły w niepamięć i grupa prowadzona przez Ingrid Helene Håvik pozostawiła niezwykle pozytywne wrażenie.

Nie bez podstawy jednak największymi literami na plakacie wydarzenia napisana była nazwa Metronomy. Kwartet przybył do Polski zagrać swój pierwszy koncert w 2015 roku, wciąż promując ubiegłoroczny album „Love Letters”. Powiedzieć, że wypadli znakomicie, to właściwie nic nie powiedzieć. Największym plusem oprócz ogromnej energii jaka buchała ze sceny, dając odpocząć tylko w kilku spokojniejszych fragmentach, był konsekwentnie zbudowany wizerunek. Tak jak ostatnia płyta odwołuje się do klasyki muzyki popularnej lat 60. i 70. również na scenie cała czwórka bazowała na retro klimatach. Były więc urocze chórki (m.in w „I’m Aquarius”) czy ruchy wyjęte jak żywo z teledysków ABBY. Prywatnie serce skradł mi wdzięcznie bujający się basista („The Look”!), wszelkie uznanie należy się też łączącej perkusję i śpiewanie Annie Prior. Coś co na etapie tworzenia sprowadza się do jednoosobowego projektu Josepha Mounta, na scenie nabiera barw dzięki czterem współpracującym ze sobą osobowościom. Kolejnym czynnikiem, który zaważył o wieczornym sukcesie była entuzjastycznie nastawiona publiczność. Pod sceną zapanowało istne szaleństwo. Każde słowo zostało wyśpiewane, każdy kawałek odtańczony, czy raczej wyskakany. Jeżeli nawet Metronomy miało obawy przed pierwszym koncertem po zimowej przerwie, to multum roześmianych twarzy skutecznie je zniwelowało. Może czas zacząć pisać listy z prośbą o powrót zespołu do Polski, bo takich petard nigdy za wiele.

Część rozentuzjazmowanego tłumu przeniosła się następnie do Basenu (plus dla organizatorów za specjalny autobus mimo niewielkiej odległości między klubami). Druga część wydarzenia mogła spokojnie funkcjonować również osobno, bo przecież takie nazwiska jak Gilles Peterson czy Motor City Drum Ensemble to synonimy świetnej imprezy. Zanim jednak mistrzowie DJ-ki objęli swoje stanowisko, udało mi się zdążyć obejrzeć jak radzą sobie Oxford Drama. Gosia Dryjańska i Marcin Mrówka stawiają w swoich koncertach na względną naturalność – próżno szukać na scenie komputera. To było moje drugie spotkanie z nimi i przyznam, że tym razem delikatnie płynące kompozycje okraszone wokalem Gosi zrobiły na mnie dużo większe wrażenie.

Jeszcze przez chwilę, przed główną gwiazdą swoje trzy grosze sprawnie dorzucił diffriend (Bang Bang!), a potem pojawił się on, Gilles Peterson by zabrać szczelnie już wypełniony Basen w muzyczną wyprawę dookoła świata. Wydaje się, że tak eklektycznego, a jednocześnie umiejętnie zbudowanego seta Basen jeszcze nie widział. Wieloletnie doświadczenie i ogromna biblioteka dźwięków zaoowocowały nieoczekiwanymi połączeniami. Był jazz i samba, wspomnienia rave’u i dzikie dźwięki przenoszące w środek gorącej dżungli. Szkoda tylko, że cały efekt został nieco zepsuty jakością brzmienia. Nie jestem profesjonalistą, ani nadmiernie obytym słuchaczem, by wiedzieć w czym tkwił problem, jednak nie da się ukryć, że część ludzi mogły pewne niezamierzone efekty dźwiękowe zniechęcić.

Mimo tego, potrzeba dobrej zabawy i kredyt zaufania dla kolejnego artysty sprawiły, że występujący kolejno Danilo Plessow jako Motor City Drum Ensemble został przywitany entuzjastycznie i trzymany przez wytrwałą publikę prawie do świtu. I trudno się dziwić, nogi same wprawiane były w pląsy serwowanym house’owym rytmem i świetną selekcją utworów. MCDE funduje sety przy których można bawić się bez końca i chwała organizatorom, że to jego zaprosili by zakończył imprezę.

I tak po długiej i emocjonującej nocy kolejna edycja Electronic Beats przeszła do historii. Żądni wrażeń mogą łapać wydarzenia pod tym szyldem w innych miastach Europy, zanim Warszawa ponownie zabłyśnie na różowo. Poprzeczka postawiona jest całkiem wysoko, trzymajmy kciuki by następnym razem udało się ją przeskoczyć.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...