music is ... muzyka z najlepszej strony.

Kraksa

Rusin & Trebuchet Kraksa EP

data wydania: 2015-01-31
wydawnictwo: własne

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 6 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Słysząc już samą nazwę Rusin & Trebuchet, z dużą dozą prawdopodobieństwa można byłoby obstawiać dźwięki „Kraksy” jako dzieła około-elektronicznego. Jak się jednak okazuje, nic bardziej mylnego, bo elektroniki prawie tu nie znajdziemy, a i sam skład osobowy nie jest duetem. Kwestia początkowych domysłów i dziwności zostaje jednak rozwiana, bo zawartość EP-ki okazuje się zaskoczeniem, które przebija wszystkie inne.

Ten wstęp mógłby zwiastować dzieło niemalże kompletne, i jeśli przyjąć obecną formę „Kraksy” za wyznacznik kolejnych prób zespołu, to mógłbym się z tym twierdzeniem zgodzić. Jednak całe zakoczenie, o którym mowa, tkwi w czymś zupełnie innym: piosenkowej prostocie, która poza instrumentalnym, pełnym odgłosów świata wprowadzeniem w postaci „Borów”, dostarcza pamiętnych refrenów i melodii, które szczelnie wypełniają dwudziestominutowe wydawnictwo.

Nie chodzi zresztą o samo wpadanie w ucho, co o sposób przedstawienia siebie w pop-rockowej konwencji. I nawet jeśli wszystko to zadziało się za sprawą warunków nagrań, to trzeba przyznać, że fascynujący – lekki, a jednocześnie dziwacznie ponury klimat utworów decyduje o zwycięstwie kompozycji. Ciężar gitar zostaje wyważony i nie jest przesadnie wykorzystywany, co staje się idealnym dopełnieniem melodyjnego, ciepłego wokalu, który także daleki jest od stylistycznych szarż. A zamiast wybijania się do pierwszego rzędu, gitarowe solówki bridge’ów i refrenów delikatnie o sobie przypominają, dalej pozostawiając poczucie swobodnego płynięcia.

To produkcyjne i stylistyczne wyważenie nie odejmuje jednak kompozycjom wyrazistości. Klawiszowe podszycie refrenu „Go Go” dopełnia budowane i narastające przez cały utwór instrumentalne napięcie, które nie jest słyszalne przy pierwszym zetknięciu z kawałkiem. Zamyślony refren „Pajęczyny” to wspaniale oddziałujące na zmysły zestawienie delikatnego wokalu i współgrania bębnów oraz gitarowych strun. Nieco mniej udane, żałobne – i początkowo bliskie stylistycznie Happysadowi – „Jak chcemy” to krótki romans z instrumentarium bardziej jazzowym, natomiast „Spróchniałe kości” częstują zwiewnością zespołowego chórku i perkusyjnego powiewu świeżości.

Z całego tego zestawu wyróżnia się jednak głos. Mateusz Rusin dopasowuje wokalne poczynania do tempa i charakteru kompozycji, nie gubiąc jednak czaru i ciepła swojej wokalnej delikatności, skutecznie nawołując do wtórowań mu w konkretnych etapach utworów. Nawet, gdy przychodzi zmierzyć się z kulejącą materią liryczną (zadałem pytanie / odpowiedz na nie w „Jak chcemy”), która na szczęście bywa rzadkością i nie ujmuje bardzo dobrze wyprodukowanym, przemyślanym i solidnym dźwiękom całości tego krążka.

W tym przypadku próba sklasyfikowania „Kraksy” oceną liczbową przynosi ze sobą możliwość popadnięcia w pułapkę. Bo nie, nie jest to wydawnictwo w żaden sposób wybitne brzmieniowo, porywające swoim rozrywkowym rozmachem, o różnie pojmowanej innowacyjności nie mówiąc. Nie można mieć jednak większych wątpliwości, że zasługuje na swoją uwagę i jednocześnie daje przyczynek do liczniejszego obserwowania akcji crowdfundingowych – bo to właśnie dzięki takiej możliwym było zarejestrowanie tych paru utworów. I choć ósemka zdaje się być ocena na wyrost, a widniejąca tu siódemka staje się nieco krzywdząca, to nikt nie powinien do tego przywiązywać większej uwagi. Ja wciąż nie mogę pozbyć się chęci ponownego wysłuchania choć jednego utworu z „Kraksy” – a to jest chyba najlepszym poświadczeniem dla prawidłowego oddziaływania tych nagrań.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...