music is ... muzyka z najlepszej strony.

Metronomy: „Muzyka pop ma zawsze tego samego ducha”

Metronomy / fot. Radek Zawadzki

Metronomy / fot. Radek Zawadzki

Read the English version of the interview >>>

Zespół Metronomy wyewoluował z solowego przedsięwzięcia Josepha Mounta. Obecnie czteroosobowa Brytyjska grupa promuje czwarty album „Love Letters” i swoim dynamicznym elektropopem zaraża ludzi na całym świecie. Tym razem przyjechali do Polski w ramach warszawskiej edycji Electronic Beats. Tuż przed koncertem udało mi się pogawędzić z frontmanem i siłą sprawczą grupy. Poniżej znajdziecie kilka słów o pracy nad ostatnim albumem, planach na przyszłość oraz odkryjecie co wspólnego mają z sobą Taylor Swift i artyści Motown sprzed dekad.

Witaj w Polsce! Jak wasze nastawienie przed dzisiejszym, kolejnym koncertem w naszym kraju? Jesteście podekscytowani?

Joseph Mount: Tak! Ostatnim razem graliśmy na letnim festiwalu [Open'er Festival 2014 - przyp. red.] i naprawdę bardzo nam się podobało. Ludzie na koncertach zawsze dopisują i są nam niezwykle życzliwi. Tym razem jesteśmy nieco niespokojni, ponieważ od dwóch miesięcy nie graliśmy żadnego koncertu. Niby nie tak długo, ale my mamy wrażenie jakby to była wieczność. Głównie dlatego, że w zeszłym roku zagraliśmy około 150 koncertów i prawie w ogóle nie mieliśmy czasu odpocząć. Teraz cała maszyna koncertowa ponownie się rozkręca, stąd jesteśmy nastawieni entuzjastycznie, ale jednocześnie trochę zdenerwowani.

W zeszłym roku ukazał się album „Love Letters”, który był brzmieniowo sporym zaskoczeniem. Jesteś zadowolony z tego jak został on przyjęty przez słuchaczy?

Joseph Mount: Mamy szczęście, że jest wiele krajów w których możemy obserwować jaka jest reakcja ludzi. To interesujące zobaczyć jak różny może być odzew. Zdaję sobie sprawę, że po stworzeniu albumu „English Riviera” ludzie oczekiwali podobnego krążka. Część, trochę cynicznie, mogła wziąć poprzednią płytę za pierwszy krok do przeobrażenia Metronomy w wielką, światową gwiazdę. Nie mówię, że nie chciałbym aby kiedyś do tego doszło, jednak wolę by stało się to na moich warunkach. Zawsze marzyłem, by stworzyć album w studiu analogowym, korzystając z nieco staroświeckich metod. Stwierdziłem, że teraz jest czas na zrobienie czegoś innego, zanim zapanujemy nad światem [śmiech].

Reakcja na album była niesamowita. W Wielkiej Brytanii „Love Letters” znalazło się w TOP 10 sprzedaży, co dla tego rodzaju albumu jest świetnym wynikiem. Właściwie wszystko idzie po naszej myśli, jak nigdy wcześniej, więc jest naprawdę dobrze!

Wspomniałeś, że nagrywaliście „Love Letters” w analogowym studio, używając mniej współczesnych technik. Czy stworzenie albumu pozbawionego różnorakich efektów kojarzących się z poprzednikiem, było trudniejsze?

Joseph Mount: W pewien sposób to rzeczywiście trudna sztuka. Nie było to proste głównie dlatego, że w tej sytuacji świadomie starałem się stworzyć coś prostego. Gdy słucha się większości współczesnych piosenek czy płyt, dzieje się tam tak dużo i wszystko jest, jakby to nazwać…

Za dużo produkcji może?

Joseph Mount: Hmm, zdaje się, że cały materiał zostaje w pewien sposób wygładzony, tak, że niekoniecznie wyraża coś ważnego, konkretnego. Utwory są chwytliwe, dobrze brzmią w radiu. Zatem stworzenie czegoś, co świadomie pozbawione jest wspomnianej otoczki to duże wyzwanie. Z jednej strony to proste, gdyż nie wymaga nakładu pracy, ale poświęcenie się takiemu celowi może sprawiać problemy. Dodatkowo wspomniane podejście do sprawy każe ci docenić możliwości jakie daje produkcja i inne zabiegi. To z pewnością jest przydatna wiedza.

Przez „Love Letters” przebijają się dźwięki przywołujące klimat popowych utworów z lat 60. czy 70. Czy myślisz, że te klasyki z poprzednich dekad mają coś wspólnego z tym co obecnie dzieje się w muzyce popularnej?

Joseph Mount: Nie jestem pewien, jest wiele różnych aspektów według których można rzeczy porównywać. Wydaje mi się, że gdy popatrzysz na ludzi takich jak Adele czy Sam Smith, bardzo popularnych wokalistów, ich płyty mogłyby spokojnie być wydane w latach 60. czy 70. To jedna strona, dźwięk. Z kolei takie postaci jak Taylor Swift czy Charlie XCX i ich rodzaj muzyki, to co tworzą, przedstawia takie samo nastawienie jakie mieliby piosenkarze Motown, czy cała masa innych artystów w czasach gdy pop dopiero się rodził. Utwory te mają zupełnie inne brzmienie, ale tego samego ducha. Łatwo jest bagatelizować jak wiele emocji wzbudzała w tamtych czasach muzyka popularna, jak bardzo starsze pokolenie jej nie lubiło. Muzyka pop zdaje się od zawsze prezentować tę samą postawę.

Jesteś mózgiem operacji „Metronomy”, ale przecież w składzie figurują także inni członkowie. Czy przy procesie nagrywania i szlifowania albumu dochodzi czasem do konfrontacji? W gruncie rzeczy to twoje słowa, twoja muzyka…

Joseph Mount: Nie pozwalam kwestionować moich decyzji [śmiech]. Chodzi mi o to, że sposób w jaki zespół doszedł do momentu w którym teraz się znajduje nie jest żadną tajemnicą. Zacząłem tworzyć muzykę, dwa albumy stworzyłem całkowicie samodzielnie i grupa czy trasy koncertowe zostały skonstruowane na ich potrzebę. W pewien sposób nie jest to projekt… Nie znoszę słowa projekt! Nie jest to rzecz, przy której chciałbym, by ktokolwiek mi doradzał. Kiedy nagrywamy Oscar [Cash - przyp. red.] na przykład jest zaangażowany, ale to głównie przez fakt, że jest z grupą związany już od długiego czasu. On mógłby być osobą, której sugestie wziąłbym pod uwagę, bo darzymy się sporym zaufaniem. Niemniej jest to praca jednej osoby i stąd całość wygląda i brzmi tak jak obecnie.

Jasne, po prostu byłam ciekawa jak się układają sprawy między wami.

Joseph Mount: Wiesz, inna sprawa to koncertowanie. Jest nas czwórka, teraz piątka ludzi, i na scenie wszystko opiera się na współpracy. Według mnie, kiedy popatrzy się na inne zespoły, związane z jakimkolwiek gatunkiem muzyki, można zauważyć, że nagrywanie jest zawsze bardziej jednoosobowe niż występy na żywo.

Zatem opowiedz, jak ważny jest dla was wizerunek sceniczny, który obecnie prezentujecie?

Joseph Mount: Prawdopodobnie zmienimy go nieco w tym roku, ale w zeszłym, przy „Love Letters”, był on niezwykle ważny. Podczas gdy z jednej strony krążek to niekoniecznie druga „English Riviera”, występy na żywo zawsze ewoluują w stronę czegoś większego. Chcieliśmy podążyć tym tropem, sprawić by koncerty stały się bardziej ekscytujące. Myślę, że naszym kolejnym zeszłorocznym osiągnięciem było stworzenie show z prawdziwego zdarzenia.

Z tego co słyszałam, dzisiejszego wieczora usłyszymy nową piosenkę. Czy to znaczy, że myślisz już o nowym albumie?

Joseph Mount: Tak, myślę o nowej płycie. W pewien sposób szkoda, że to pierwszy nasz koncert w tym roku, gdyż dopiero staramy się wrócić do punktu, w którym skończyliśmy w zeszłym roku i z powrotem nadać sobie odpowiednie tempo. Nie będziemy więc dziś za bardzo szaleć, ale za kilka miesięcy zagramy więcej świeżych utworów. Ciągle pracuję, nowy materiał wkrótce się pojawi.

Zamierzasz podążyć ścieżką wyznaczoną przez „Love Letters” czy raczej już czas na coś większego?

Joseph Mount: Następny album będzie logicznie kolejnym krokiem w rozwoju. Zrobiłem, co chciałem zrobić w związku z „Love Letters”. Wszelkie pomysły, które miałem, związane z tworzeniem albumu koncepcyjnego, zostały już zrealizowane. Więc następca będzie po prostu zwyczajnym, dobrym krążkiem [śmiech].

Powodzenia zatem, trzymam kciuki za dzisiejszy koncert!

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...