Do artystów, o których przez ostatnie miesiące było najgłośniej należy na pewno Hozier. Ten debiutant, który sławę zdobył dzięki świetnemu utworowi „Take Me To Church”, aktualnie należy do najbardziej rozchwytywanych.

Podobnie zaczynała Ellie Goulding. Debiutanckie „Lights” urzekły wielu. Później było… no właśnie, jak? Dla jednych tylko lepiej, a dla innych gorzej. Brytyjka trochę zgubiła debiutancką świeżość i poszła głębiej w komercję co nie podobało się wszystkim. Więcej było czerwonych dywanów i zdjęć w pięknych sukienkach, niż utworów jak „Under The Sheets”.

Teraz Goulding na warsztat wzięła utwór Hoziera. „Take Me To Church” do najłatwiejszych nie należy, jednak Ellie z łatwością dostosowała go do swojej barwy, wplątując trochę elektronicznego brzmienia i wyraźnej artykulacji wersów. Całość wyszła zaskakująco dobrze. Za taką Goulding tęskniłem. I na więcej takiej Goulding mam nadzieję, czekając na trzecią płytę.

Nie ma więcej wpisów