music is ... muzyka z najlepszej strony.

My Dreams Dictate My Reality

SoKo My Dreams Dictate My Reality

data wydania: 2015-03-02
wytwórnia: Because Music

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 2 głosy
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Zanim zaczęła nagrania drugiej płyty, napisała maila do Roberta Smitha, lidera The Cure. Nieśmiało zapytała, czy nie chciałby wyprodukować jej nowego albumu. Smith się akurat malował, więc nie odpisał. Znalazł się inny chętny, Ross Robinson. Wzięty amerykański producent, choć z innej bajki, bo Robinson robił etatowo m.in. u Korna i Limp Bizkit. Ma jednak punkt w CV, który przekonał francuską kompozytorkę i wokalistkę – czuwał nad brzmieniem imiennej, wydanej 11 lat temu płyty The Cure. Może niekoniecznie reprezentatywnej dla twórczości zespołu, bo pisanej (momentami zbyt) głośnymi gitarami i fochem na globalną politykę (zamiast focha na mikropolitykę i emocjonalnego rozdygotania). Trudno, też się liczy. Zwłaszcza że SoKo tym razem chciała dać upust fanowskiej obsesji.

Można się zżymać, że to inspiracja zbyt zobowiązująca, zbyt kurczowo trzymająca się oryginału. Spokojnie, oskarżenia o plagiat nie przejdą. Tak, słychać, że dziewczyna ponad wszystko wielbi The Cure, zwłaszcza trzy pierwsze płyty. I co jej zrobicie? Ja ci, mała, przybiję piątkę. Też lubię, zwłaszcza trzy pierwsze płyty. Ważne jednak, że „My Dreams Dictate My Reality” to znacznie więcej niż zgrabny tribute album. To świetny album. I choć o tym, że właśnie taki próbowała nagrać świadczą patenty podprowadzone ejtisowym klasykom, o tym, że jej się udało decyduje już wkład autorski. Rozliczamy?

Niesiona charakterystyczną gitarą nowofalowa melodyka (jak z „Three Imaginary Boys”) i pogłosy budujące atmosferę pogranicza jawy i halucynacji (jak z „Faith”) trafiają na konto The Cure. Zmanierowany, wokalny bełkot, który postanowiła przejąć – też. Cała reszta to już zasługa SoKo. Po pierwsze i najważniejsze, piosenki. Zróżnicowane, czasem kombinowane, czasem po prostu bezbłędnie przebojowe. Francuzeczka z meldunkiem w LA jest ultrazdolną kompozytorką, i żadne aranżacyjne maskarady i producenckie triki jej tego nie odbiorą. Dobra piosenka przetrwa wszystko: kapryśne mody, złośliwych recenzentów i nawet nominacje do Fryderyków. Ona tych dobrych ma tu co najmniej dziesięć (na trzynaście wszystkich, licząc z nagraniem bonusowym).

Po drugie, teksty. Czasem intymne, zawsze szczere, dziewczyńskie i bezpardonowe. Wciąż uprawia emocjonalny ekshibicjonizm. Trochę śpiewa o miłości, trochę o młodości (tytuł jednej z piosenek, „Peter Pan Syndrome” mówi sam za siebie). Trochę o strachach, jak w „Ocean Of Tears”. Po trzecie, wyobraźnia. Żeby nagrać taki duet jak ten z Arielem Pinkiem w „Lovetrap”, trzeba mieć fantazję. Kocham tę piosenkę za wszystko. Za to jak ze smętnych lat 80. przeskakuje w niemal plażowy retro pop. Za kontrolowany kicz miłosnego dialogu. I najbardziej za linijkę bądź moją syreną.

W singlowym, przebojowym „Who Wears The Pants?” SoKo śpiewa „Kochanie, spaliłeś wszystkie mosty. Nie zawrócisz”. Ona też podłożyła ogień pod przeszłość. Ci, którzy pamiętają ją wyłącznie z uroczego hitu YouTube’a, czyli „I’ll Kill Her”, mogli nie poznać jej już na debiucie. Tych, którzy pamiętają pierwszy album, „My Dreams Dictate My Reality” zaskoczy kompozytorskim progresem. SoKo, choć śpiewa o byciu wiecznym dzieciakiem, brzmi bardzo dojrzale. I trochę jak The Cure.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...