music is ... muzyka z najlepszej strony.

Tropics / mat. prasowe

Tropics Rapture

data premiery: 2015-02-17
wydawca: Innovative Leisure Records

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 4 głosy
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Chris Ward jest typowym samoukiem. Zanim stanął na scenie z własną muzyką próbował składać dźwięki w zaciszu swojej sypialni. Zresztą pierwszy album – „Parodia Flare” – powstał w garderobie. Parę lat dobrej, solidnej pracy wystarczyło, by brzmienie Tropics dorównało temu, co oferują inni artyści. Nie jest to unikatowa rzecz, sporo w muzyce Warda nawiązań do współczesnych nazwisk, a dominujący styl vintage nie czyni projektu bardzo egzotycznym. Jednakże chwała Christopherowi Wardowi należy się za to, że w tak umiejętny sposób wprowadza słuchacza w świat minionych obrazów, pięknego lata dwadzieścia lat temu, kiedy beztrosko biegało się po placu zabaw, zbierało skarby z piasku i wpatrywało w rażące do bólu słońce.

Słońce bowiem jest zarazem dobrym synonimem dla muzyki Tropics. Zdecydowanie zgadzam się z tym, co przeczytałam w jednym z tekstów, iż jest to po prostu czyste, niewinne piękno, obok którego nie przechodzi się obojętnie. A wracając do inspiracji, to już po pierwszych dźwiękach nie możemy oprzeć się wrażeniu, że Ward oprócz mocnego nawiązywania do lat 70. i 80. (choćby za sprawą pomieszania syntezatora z żywymi instrumentami – głównie pianinem i perkusją), wyjmuje wszystko co najlepsze z twórczości współczesnych Toro Y Moi, czy Rhye. Inspiracje te, chociaż wydają się dosyć oczywiste, nie rażą, nie odpychają, a wręcz przeciwnie – jeśli lubimy powyższych artystów, jeśli lubimy chillwave, to Tropics ma nam do zaoferowania wiele.

Sam album to także o wiele większa śmiałość w wykorzystywaniu własnego głosu. O ile jego pierwszy krążek był jedynie zbiorem pięknych dźwięków, o tyle trzecie wydawnictwo jest dojrzałym i przemyślanym zestawieniem dobrze zbudowanych utworów, w których nie melodia a wokal pełni rolę dominującą, prowadzącą słuchacza. A idealnie wyćwiczony głos Warda przywodzi na myśl starego dobrego Michaela Jacksona, czy muzykę r’n’b z lat 90.

Moimi faworytami wciąż pozostają tytułowy „Rapture”, bardzo przestrzenne „Torrents Of Spring”, porywający „Home & Consonance”. I chociaż budowa tegoż wydawnictwa nie zakłada, że będzie to longplay z wyróżniającymi się, wychodzącymi przed szereg hitami – ono samo w sobie tworzy nierozerwalną całość, którą słucha się jak krótkie, lecz treściwe opowiadanie. „Rapture” raczej nie stanie się też płytą pierwszego wyboru, do tego albumu zagląda się przy odpowiednim nastroju. Jednak jest to wydawnictwo na tyle dojrzałe, piękne i przemyślane, że z pewnością warto mieć ją pod ręką.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...