music is ... muzyka z najlepszej strony.

Headache

Trupa Trupa Headache

data wydania: 2015-03-07
wydawnictwo: Blue Tapes

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 5 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Krótko sformułowane przesłania, tekstowy minimalizm w nihilistycznej postaci, muzyczne niedostosowanie. Elementy, z których Trupa Trupa tkała swoje poprzednie albumy, na „Headache” dalej są obecne i być może nawet jeszcze bardziej zaznaczone niż poprzednio. O ile jednak drugi album kwartetu to wieloaspektowy skok naprzód, tak pomiędzy „++” a pozycją najnowszą nie ma już aż tak znaczących różnic – przynajmniej w kwestii narzucenia sobie muzycznej stylistyki. Co nie znaczy, że tych zmian nie ma wcale czy są mniej ważne dla zespołowego rozwoju – wręcz przeciwnie.

Zmierzenie się z „Headache” nie wywołuje tytułowego bólu głowy, choć może okazać się nieregularną bitwą sprzeczności uczuć – począwszy od zachwytów nad unoszącą się tu zmianą i niespodziewanym powiewem nowości, poprzez przesyt oraz zagubienie, aż do ponownej stabilizacji uczuć, która towarzyszy aż do ostatniego przesłuchania albumu. Zdaje się jednak, że nic tak nie ugruntowuje pewności odczuć, jak zagwarantowanie podobnych wahań nastrojów. I chociaż odbiór tego wydawnictwa może być momentami zmienny, to kwestia spójności powstała w samym zespole jest tu zbyt wyraźna, by w jakiś sposób ją dyskredytować.

Można się tylko zastanawiać co zadziałało najbardziej – porzucenie sporej dawki (wciąż wyczuwalnej) groteskowości czy teatralności, pozbycie się dominujących na poprzenim albumie organów, czy też osoba Michała Kupicza w roli producenta, który odnalazł w muzykach to, co wcześniej, na „++”, zostało tylko lekko zarysowane. Przyczyn można doszukiwać się oczywiście więcej, poczynając od standardowej – i do znudzenia powtarzanej przy takich okazjach – formułki o muzycznej dojrzałości, której chyba żaden z tej czwórki nie chciałby sobie nagle wpisywać w artystyczne CV. A jednak jak nigdy Trupa Trupa nie tylko świetnie prezentują się od strony muzyczno-tekstowej, co po prostu doskonale współgrają, pozwalając tę więź uchwycić i zarejestrować.

Spójne brzmienie, dalekie w swojej wymowie od garażowych gitar przynosi swoje efekty. Bo nawet jeśli pewne efemeryczne oznaki dawnej Trupy słychać w początkowych minutach, to mamy do czynienia z nowym porządkiem. Budowane poprzednio podstawy naruszono i przekształcono, co wzmocniło wymiar kompozycyjny – zamiast snujących się niepotrzebnie fragmentów dostajemy psychodeliczny trans („Halleyesonme”), za gitarowe popisy otrzymujemy swobodnie płynące, przemyślane dźwięki i odpowiednie melodyjne ułożenie. A wszystkim tym zdają się rządzić należycie dobrane proporcje – nawet jeśli końcówka albumu przynosi pewien jakościowy chaos gubiącego nas w uczuciach utworu tytułowego czy denerwującego wokalu „Picture Yourself”.

Na pierwszy plan wysunięto wcześniejsze zapędy w kierunku muzycznej psychodelii. Co jednak ciekawsze, niepotrzebne dźwiękowe nagromadzenia zastąpione są przez klarowność wszystkich instrumentów. Do tych należy wpisać także nowe klawisze, odgrywające kluczową rolę w rytmicznej warstwie jednej z najmocniejszych pozycji na krążku – „Wasteland”. W dalszym ciągu znajdziemy tu złowrogo-cyrkową aurę (pełne perkusyjno-gitarowych uderzeń „Getting Older”) i efekt narastającego mroku („Snow”), jednak tym razem są to formy na tyle przemyślane, że nie powodujące zmęczenia. W tym eklektycznym kotle wygrywa jednak opcja nieco bardziej romantyczna, o ile w ogóle w przypadku tego zestawu można użyć takiego słowa. Trupa Trupa nie grała bowiem nigdy tak melodyjnie i spokojnie, jak w przypadku podkolorowanego refrenowymi wykrzyknieniami”Sky is Falling”, czy dwóch inych perełek – beatlesowskiego, niemalże popowego i kojącego (nawet przy podkreślanych klawiszami słowach let it burn) utworu „Rise and Fall” oraz „Give ‚em All”, które okazuje się całkiem melodyjną kołysanką.

Największą zmianę przeszedł chyba jednak sposób dostarczania treści. Wokal Grzegorza Kwiatkowskiego, który zamiast uciekać się do bezsensownego wrzasku, niejednokrotnie tonuje swoje głosowe uniesienia, co czyni go o wiele przyjemniejszym w odbiorze. Po cierpiętniczych, na wpół wykrzykiwanych frazach (wykonywanych w części także przez Wojtka Juchniewicza) kwestia wokalna na „Headache” przybiera zupełnie nowe, ciekawsze oblicze – te, w którym można znaleźć przyjemny śpiew („Sky is Falling”, „Give ‚em All”).

Ta płyta to nic innego jak poświadczenie wcześniejszych aspiracji i prób wytworzenia sobie własnej muzycznej przestrzeni. Pod tym względem „Headache” góruje nad każdym wcześniejszym wcieleniem zespołu, a być może wygrywa także w kategorii jednego z bardziej zaskakujących, przemyślanych brzmień trójmiejskiej sceny, tak mocno przecież zakotwiczonej w tym bardziej niszowym obliczu muzyki rockowej. Jeśli więc to nie przełom, to jego najpewniejszy zwiastun.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...