music is ... muzyka z najlepszej strony.

The Notwist w Proximie

The Notwist / mat. redakcji

The Notwist / mat. redakcji

Po zeszłorocznym koncercie na OFFie polska publiczność postawiła The Notwist wysoką poprzeczkę. Wieść o ich powrocie dała nadzieję na powtórkę genialnego koncertu, który mieliśmy okazję oglądać w Dolinie Trzech stawów, ale też wzbudziła ciekawość fanów, jak zespół zabrzmi w klubowych warunkach. W przypadku tego zespołu nie można mówić o potknięciach i wpadkach. Po 25 latach obecności na scenie na szczęście nie musimy oglądać znudzonych muzyków bez pasji uderzających w swoje instrumenty. Widzimy za to scenicznych szaleńców kompletnie zatraconych w muzyce, podążających za dźwiękiem i tworzących absolutną magię, choć tym razem uboższych o Martina Gretschmanna, sprawcy elektronicznego zamętu, którego tym razem zastąpił perkusista supportującego Aloa Input.

Próba sklasyfikowania tego, co ta grupa robi na żywo zawsze kończy się niepowodzeniem. Nie bez powodu mówi się o nich, jako o najbardziej brytyjskim z niemieckich zespołów. Grają jak Brytyjczycy, zaskakują jak Niemcy. Setlista to wyśmienita mieszanka płyt „Neon Golden”, „The Devil, You + Me” i najnowszej „Close To The Glass”. Swoje koncerty rozpoczynają bardzo niepozornie – ten warszawski także. Klasyczne, indie-rockowe „Good lies” to zwykle zapowiedź bardzo poprawnych gitarowych piosenek, wypełnionych ciepłych wokalem Markusa Achera. Nic bardziej mylnego. Niemcy do perfekcji opanowali sztukę lawirowania między gatunkami i stylami. Od lekkiego grania sprawie przechodzą w cięższe odmiany elektroniki i sięgają po utwory z nowej płyty, jak „Close to the glass”, by za chwilę pomieszać jedno z drugim w utworze „Kong”.

Środek to już płyta „Neon Golden” i genialne „One with the Freaks”, dynamiczne „Pick up the Phone” czy przeładowane samplerami i przeszkadzajkami „This room” oraz kompilacja najlepszych utworów z „The Devil, You + Me”, czyli „Boneless”, „On planet off”, „Gloomy Room” i znów zadziwiające swoją konstrukcją „Gravity”. Od momentu pierwszego zetknięcia z twórczością ten właśnie utwór stał się kwintesencją twórczości The Notwist. Punktem odniesienia, kumulacją wszystkich emocji i rozstrajających dźwięków. Sam set wydawałby się bardzo krótki, gdyby nie rozbudowany bis. Wyczekiwanie „Consequence”, „Neon Golden” i „Pilot”. Could be enough, ale swoje „let us come say goodbye” powiedzieli rozczulającym utworem „Gone, Gone, Gone”.

Ich muzyka to czyste szaleństwo. Dynamiczna, zmienna i bardzo rozbudowana. Niesamowita rytmika, żywiołowość i totalnie nieszablonowe podejście do grania na żywo. Sztuka wydobywania dźwięków z grzechotek, dzwonków, płyt winylowych i niesamowitego ksylofonu, który przy pomocy smyczków stworzył po prostu magię. Do tego maksymalne skupienie muzyków i szczera radość z grania. Mistrzostwo The Notwist polega przede wszystkim na umiejętnym połączeniu doskonale przemyślanej konstrukcji utworów z dużą dawką improwizacji. Tutaj wszystko musi się zgadać – każdy element, każdy instrument. I tak też było. Być może nie był to koncert lepszy od zeszłorocznego na OFF Festivalu, być może nie należy ich w ogóle porównywać. Jedno jednak jest pewne: The Notwist potrafi grać na emocjach, jak nikt inny.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...