Jak to jest być gówniarą przed trzydziestką? O czym śni ktoś, kto mało sypia? I czy wreszcie – po latach tułania się po świecie – znalazła swoje miejsce? O życiu bez zobowiązań (i nie tylko) rozmawiam z SoKo, autorką wydanej kilka tygodni temu, fantastycznej płyty „My Dreams Dictate My Reality”.

Tytułem nowej płyty – „My Dreams Dictate My Reality” – przyznajesz, że twoją rzeczywistością rządzą sny. Jaki w takim razie był ten najdziwniejszy, najpiękniejszy, najbardziej zapamiętany ze snów, które miałaś?

SoKo: Wiesz, że najpiękniejszy, najbardziej intensywny sen miałam w trakcie nagrywania albumu? Nagrywałam w położonym na plaży studiu Rossa Robinsona w Venice Beach. Indianie uważają, że snami o największej mocy są te, w których latasz. I mi właśnie przyśniło się, że latałam, ale w łodzi podwodnej. Łódź była cała ze szkła, więc mogłam wszystko obserwować z góry. Świat wyglądał jak w „Castle in the Sky”, anime Hayao Mizayakiego, którego jestem wielką fanką. Starożytna cywilizacja, zdegradowana natura, wszystko przerośnięte. W pewnym momencie zanurkowałam łodzią do oceanu i dopłynęłam do studia, w którym przesłuchałam piosenki, nad którymi pracowałam. Siedziałam w studiu, pod wodą, w szklanej łodzi, a dookoła pływały rekiny i delfiny. Ten sen pięknie połączył się z płytą. Sporo na niej śpiewam o snach, w tekstach pojawiają się metafory z wodą, a na czas nagrań zamknęłam się w szklanej bańce. Nie widywałam się z przyjaciółmi, telefon zazwyczaj leżał w drugim pokoju, zamawialiśmy jedzenie do studia, w zasadzie wychodziłam tylko na jogę. Śniłam o lataniu, które jest najlepszą rzeczą na świecie, a potem budziłam się i robiłam coś równie pięknego – muzykę.

Zapytałam o sen, bo słyszałam, że ty niewiele sypiasz. Zwłaszcza gdy pracujesz nad nowymi piosenkami.

SoKo: Prawie wcale. To wynika z tego, jak rodzą się pomysły na piosenki. Czasem wpadnę na jakiś pomysł, którego nie potrafię od razu przełożyć na melodię, i to męczy. Często pomysł podpowiadają znajomi. Na przykład „Peter Pan Syndrome” powstało w tygodniu, w którym wszyscy powtarzali mi: „Zachowujesz się niedojrzale”, „Jesteś dzieciakiem”, „Znowu tego nie zrobiłaś”. A ja nie chcę dorastać, nie chcę się starzeć, chcę być dzieckiem. Jestem właśnie w epicentrum nastoletniego kryzysu. Nie miałam dzieciństwa. Zostałam okradziona z niewinności i beztroski, bo jako dziecko przekonałam się, że człowiek jest śmiertelny. Miałam zaledwie pięć lat, gdy mój tata zmarł. Byłam mrocznym, smutnym, poważnym dzieciakiem. Teraz próbuję odzyskać moje dzieciństwo. Te wszystkie nowe myśli i emocje kotłują mi się w głowie, aż wreszcie siądę do mojego keyboardu albo wezmę bas i zacznę pisać. Najpierw pojawia się pojedynczy akord, a potem w środku trzeciej z bezsennych nocy zaczynam pisać całą piosenkę. I tak mi schodzi do rana.

Odstawmy bezsenność. Naprawdę można przechodzi nastoletni kryzys, mając 29 lat?

SoKo: Dziewczyno! To już trwa cztery lata! Pamiętam rozmowę ze swoją mamą, która w moje 25. urodziny próbowała sobie przypomnieć, co robiła w moim wieku. Urodziła dziecko! Jak to usłyszałam, to wpadłam w depresję, że nic nie robię ze swoim życiem. Tylko na chwilę, bo potem pomyślałam, że pieprzyć to, przecież jestem w trakcie odzyskiwania dzieciństwa. Mając 27 lat, pierwszy raz w życiu wypaliłam jointa. Nigdy wcześniej nie zapaliłam nawet papierosa. Nie piję. Żyję ultrazdrowo. Czułam się dziwnie, że tak późno próbuję trawy, ale spodobało mi się. Sporo z piosenek na nowej płycie napisałam upalona. To dodało mi odwagi, pomogło zatopić się w sobie i swoich wspomnieniach z dzieciństwa bez strachu.Bycie nastolatką w tym wieku jest super, bo z jednej strony jestem już wystarczająco dojrzała, żeby spojrzeć na swoje życie z odpowiedniej perspektywy i wyciągać lekcje z doświadczeń, a z drugiej jak każdy dzieciak, mówię to, co myślę i nie traktuję samej siebie zbyt poważnie. Jestem otwarta. Kiedyś wszystko odrzucałam, wiecznie mówiłam „nie”, teraz zawsze mówię „tak”. Dobrze się bawię. Takie podejście zależy wyłącznie od nas. To ty decydujesz, czy chcesz się dobrze bawić w życiu. Pewnie, że część mnie chce być dorosła – chce wygody, domu, rutyny. Ale część też krzyczy: „Nie chcę stabilizacji, płacenia czynszu, odpowiedzialności, rachunków”. Unikam angażowania się. Nie wchodzę w związki, uciekam przed ludźmi.

To prawda, że napisałaś maila do Roberta Smitha z pytaniem, czy nie chciałby wyprodukować twojej płyty?

SoKo: Prawda. Nigdy nie odpowiedział. Ale za to zadzwonił do mnie Ross Robinson, który produkował The Cure. Fantastyczny człowiek. Doskonale wiedział, o jakie brzmienie mi chodzi. Ross ma też bardzo świeże spojrzenie na swoją rolę. Zazwyczaj na pierwszym spotkaniu z potencjalnym producentem, inżynierem dźwięku albo z kimś, kto będzie miksował moją płytę, słyszę pytanie o budżet. To strasznie frustrujące. Chciałabym spotykać na swojej drodze ludzi, którzy zajmują się z muzyką z pasji, którzy nie potrafią robić w życiu nic innego. Ross od razu rozmowę o pieniądzach przełożył na później. Chciał zrobić tę płytę, po prostu. Stworzył mi idealne warunki. Czułam się bezpiecznie. Pozwolił mi na wyrzucenie z siebie emocji, energii, lęków, wątpliwości, wszystkiego, co sprawia, że człowiek jest tak skomplikowanym bytem. Chciał, żebym była w stu procentach sobą, nawet jeśli miało to oznaczać huśtawkę nastrojów. Przeprowadził mnie przez nagrania.

Podobno jeszcze piętnaście lat nie pomyślałabyś, że nagrasz dwa świetne płyty. W liceum brałaś lekcje śpiewu, ale…

SoKo: …szło mi fatalnie.

I nigdy nie myślałaś, że zajmiesz się muzyką na poważnie?

SoKo: Nawet za milion lat.

Kiedy poczułaś, że jednak możesz być w tym dobra?

SoKo: Wciąż nie poczułam. Kiedy brałam lekcje śpiewu, jeszcze nie znałam swoich ulubionych zespołów indie. Docierał do mnie tylko głupawy, gówniany pop z radia. Uczyłam się śpiewać na piosenkach, których nie czułam. Dopiero później zaczęłam czytać magazyny muzyczne i odkryłam masę świetnych zespołów. Zostałam największym muzycznym nerdem. Jednak nawet gdy podśpiewywałam pod nosem ulubione piosenki, nie sądziłam, że mogłabym śpiewać profesjonalnie. Pierwsza była potrzeba pisania. Non stop pisałam coś w notesie. Żałowałam, że nie umiem na niczym grać, bo wtedy mogłabym przekuć te notatki w piosenki. Był taki czas, że mieszkałam u przyjaciela w Nowym Jorku. Miał gitary, keyboardy, wszystko. Jego ciągle nie było w domu, więc siedziałam sama. Najpierw godzinami wgapiałam się w instrumenty, myśląc, że gdybym umiała na czymś grać, nie nudziłabym się tak bardzo i byłabym mniej samotna. Pisałam teksty, wymyślałam melodie, ale na początku grał mój brat. Tyle że on miał wtedy 16 lat, więc bardziej niż robienie muzyki interesowało go wtedy upijanie się z kumplami. I dlatego musiałam wreszcie sama nauczyć się grać. Dziesięć lat później potrafię napisać, zagrać, zaśpiewać, zaaranżować, nagrać i wyprodukować piosenkę. Niesamowita świadomość. Jeżeli włożysz w coś mnóstwo wysiłku, musi się udać. Nawiasem mówiąc, mój brat dziś poświęca się muzyce bez reszty, ale musiał do tego dorosnąć.

Przez tych dziesięć lat nie tylko rozwijałaś się jako muzyk, ale też często zmieniałaś adres. Jesteś prawdziwą obywatelką świata. Masz polskie korzenie, urodziłaś się we Francji, mieszkałaś w Paryżu, Nowym Jorku, Seattle i Los Angeles. Znalazłaś już swoje miejsce?

SoKo: Tak, to zdecydowanie LA, gdzie mieszkam od siedmiu lat. Mogę je już nazwać swoim domem, choć ironia polega na tym, że wciąż pomieszkuję u przyjaciół. Za dużo się przemieszczam, żeby osiąść w jednym miejscu. Ale tu stoi zaparkowany mój samochód, tu wynajmuję magazyn, w którym trzymam kartony z rzeczami, więc tak, to mój dom.

Nie ma więcej wpisów