A ty ile wybaczyłbyś swojemu ulubionemu zespołowi? Modest Mouse latami budowali fanbase wierny niemal sekciarską lojalnością. I to ci fani dają „Strangers to Ourselves” – płycie, którą Amerykanie przerywają fonograficzną ciszę – fory. Jeden taki ewidentnie znalazł się w redakcji Pitchforka i hamuje swoje rozczarowanie w recenzji, wyrzucając zespołowi jedynie „brak nowych pomysłów”. Problemem premierowego materiału Modest Mouse nie jest brak nowych pomysłów, a brak pomysłów. Jakichkolwiek. Sorry, nie ma, że boli.

Można się było tego spodziewać? I tak, i nie. Milczeli osiem lat, a to nigdy nie wróży dobrze. Zmieniali współpracowników, producentów, odwoływali koncerty – miotali się jak nieopierzeni gówniarze dotknięci syndromem drugiej płyty albo przebrzmiałe gwiazdki cierpiące na kryzys po platynie. Tak czy inaczej, wysyłali w świat smutny komunikat. Że nie mają planu, nie znają kierunku, że tytuł poprzedniej, wydanej w 2007 roku płyty może okazać się okrutnie profetyczny. Z Modest Mouse zaczęło uchodzić życie, zanim statek zdążył pójść na dno.

Z drugiej strony to zespół, który nigdy wcześniej nie zszedł poniżej pewnego (wysokiego!) poziomu. Nagrali dwie świetne i jedną genialną płytę. Swoje odczekali, bo mainstreamowy sukces przyniosły im dopiero późniejsze wydawnictwa (platynowe „Good News for People Who Love Bad News” i złote „We Were Dead Before the Ship Even Sank”). Nie zabiegali o nominację do Grammy ani punkty w notowaniu Billboardu. Nie podpięli się pod modę na erudycyjne indie na nowo odczytujące klasyków post punku, wyprzedzili ją.

Dziś ledwo dyszą, próbując dogonić własną legendę. Singlowe, nośne „Coyotes” jeszcze sugerowało, że będzie dobrze. Reszta – wybaczcie, że ciągnę tę topielczą metaforę – ugrzęzła na mieliźnie. Ciężko uwierzyć, że jeden z najbardziej błyskotliwych zespołów amerykańskiej sceny niezależnej podpisał się pod tak bełkotliwym koszmarem jak „Pistol (A. Cunanan, Miami, FL. 1996)”. Refreny nie pierwszej świeżości i teksty, które nie ruszają jak kiedyś. Nuda, która fizycznie boli. Takie właśnie jest „Strangers to Ourselves”. Tylko ekspresji Isaaca Brocka nie ubyło charyzmy, ale to wciąż za mało, by obronić tak męczący, bezbarwny album.

Nie ma więcej wpisów