music is ... muzyka z najlepszej strony.

TDOC

Orange The Juice The Drug of Choice

data wydania: 2014-09-06
wytwórnia: For Tune

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 1 głos
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Wystarczy spojrzeć w załączoną do albumu książeczkę, a dokładniej na jej drugą stronę, gdzie poszczególnym członkom zespołu przypisuje się kolejno instrumenty, aby stwierdzić, że to zestaw nietuzinkowy. Jeszcze większe zaskoczenie i ogólny rozrachunek tej listy przychodzi w trakcie bliższego kontaktu z materią Orange The Juice. Same wytwarzane przez nich dźwięki to tylko jedna ze składowych ich twórczości, druga – w tym przypadku ważniejsza – to zachowanie na żywo. Z pomocą przychodzi więc dwupłytowy zestaw „The Drug of Choice”, który jest zapisem koncertu z 2012 roku. I choć przez te ponad dwa lata pewne rzeczy mogły się zmienić, zestarzeć, ewoluować, to główne założenie pozostaje to samo – ma być ciekawie.

Na „The Messiah Is Back” warszawiacy stworzyli ciężki do rozwikłania koncept, który polaryzuje. Sama muzyka to jednak w tym przypadku mniej istotny element układanki, a ponowne przytaczanie opisów samych kompozycji nikomu nie posłuży. Orange The Juice są sami w sobie eksperymentem, którego można doświadczać na własny sposób. Już początkowe 85 sekund wstępu, jakim jest „Facing The Monsters”, to swoiste preludium tego, co nas czeka – dziwnego stanu ukojenia i jednoczesnego podrażnienia kakofonią dźwięków. Ostatnie sekundy pierwszej na liście pozycji w tym zbiorze nie przekładają się jednak w eksplozję nieporozumień. Bo jak w żadnym innym wypadku, o wielkich błędach nie ma tu mowy.

Swoim dodatkowym obrazem ze sceny warszawskiego teatru, „The Drug of Choice” rzuca nieco lepsze światło na to, co się w zespole dzieje. A tu liczy się dynamika, którą próbuje się także uchwycić przez sam sposób nagrywania. Kamera wędruje nieustannie po scenie, lubując sobie wokalistę zespołu, co raz przełączając widok na poszczególnych członków załogi Orange The Juice, którzy nie stronią od energicznych ruchów, zachowując przy tym pełną świadomość i jasność swoich muzycznych wyczynów. Tych nie brakuje, co potwierdzają dobitnie perkusyjne popisy Jana Kiedrzyńskiego. Rzadko także dostaniemy tu wymianę porozumiewawczych spojrzeń, co daje nam wrażenie, że właściwie zaplanowana całość odbywa się bez zbędnych słów, co imponuje. Wracając do listy operowanych przez ekipę instrumentów – trudno nie być zafascynowanym szybkością i sprawnością, z jaką kolejne dźwięki są wytwarzane. Samo DVD pokazuje więc, że to co brzmi niczym w pełni zmechanizowany twór, jest dziełem w pełni ludzkim.

Bo i to, co przedstawia zespół nie jest zamysłem łatwym. Prawie dziewięćdziesiąt minut przebywania na scenie obfituje w istną harmonię przeciwstawień (funkowe wstawki i dęciaki „Out of Place”), niemal idealnych współgrań w natłoku narzuconych na siebie kompozycyjnych ścieżek („Romanian Beach”) i nagłych zwrotów akcji („Report”); szaleńczych wokalnych oraz instrumentalnych eskapad („Blame”), jak i pewnej dawki melodii, elementu budowania nastroju, dźwiękowych pejzaży – tych bardziej jazzowych, nieco narkotycznych („Sabat Mater”), ale i pewnego rodzaju sacrum („This Way”). Miejsce okazuje się więc nieprzypadkowe, czego potwierdzeniem „Cradle To The Grave”, gdzie metalowy wydźwięk przeplata się z cyrkowym, teatralnym spowolnieniem.

Najbardziej zauważalnym elementem niech będzie jednak skupienie się na ekspresji, bo o ile panowie z instrumentami mają pewien ustalony zakres kreowania siebie na scenie, tak Konrad Zawadzki staje się mistrzem ceremonii. Owszem, nieustanny ruch wokalisty przyciąga uwagę i może nawet w pewien sposób rozpraszać, ale ważniejszym jest tu użycie głosu. Pomruki, kaszlnięcia, szept, tradycyjny śpiew, który miesza się z krzykami i niemalże growlem – to duży zestaw, który podkreśla tylko jego temperament, a tym samym przekłada się na ogólną wizję tego przedstawienia. Twórczość Orange The Juice to teatr.

To wszystko pozwala nam o wiele lepiej zrozumieć cały zamysł improwizacyjnych wstawek, niecodziennego kotła muzycznych inspiracji, dziwaczności zestawień, ale także i niesamowitej zdolności operowania kompletnym przedsięwzięciem. Wraz z dodatkiem obrazu większość melodii dostaje tu swoją historię, a zamiast zastanawiać się nad sensem tej złożoności i oddzielać fragmenty ekscytujące od tych nie bardzo przekonujących, wolimy raczej brać udział w tej zabawie. Bo to raczej przedstawienie, pewna artystyczna aktorsko-muzyczna wizja, niż sam tylko koncert w tradycyjnym dla wielu znaczeniu. I tak, po zapoznaniu się z „The Drug of Choice” wciąż można nie rozumieć Orange The Juice, ale sztuka nie jest od rozumienia, jest od przeżywania.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...