music is ... muzyka z najlepszej strony.

Mary Komasa

Mary Komasa Mary Komasa

data premiery: 2015-03-23
wytwórnia: Warner Music

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 9 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

W rozpoczynającym ten album „City of My Dreams” Mary Komasa śpiewa o mieście idealnym, takim jakie sobie wymarzyła podczas wielu przeprowadzek, które wydarzyły się w jej życiu. Rzeczywistość pokazała, że takie miejsce nie istnieje, lecz sama piosenka jest modelowym reprezentantem treści, które wypełniają cały krążek. Debiutancka płyta młodszej siostry słynnego reżysera to zbiór słodko-gorzkich historii inspirowanych życiem, jednak zawsze z pewną domieszką fantazji mającej na celu ubarwić całość. Takie podejście zbliża artystkę do lubującej się w smutku i dramacie Lany Del Rey. Podobieństw jest więcej, ale mimo to polska wokalistka zdołała w tych piosenkach mocno zaznaczyć swój styl dzięki czemu zyskała rozpoznawalność.

Debiutancki krążek Komasy wypełniają przede wszystkim ballady – dramatyczne i zabarwione mrokiem. Artystka stopniowo buduje napięcie w piosenkach, które po leniwym początku przechodzą do monumentalnych finałów („Point of no Return”), lub pozostają leniwe jak słodkie i oldschoolowe „Smiling Moon”. Przy okazji wokalistka sprytnie ukrywa swoje przygotowanie operowe poprzez eksplorowanie tylko i wyłącznie niskich tonów.

Mimo że teraz jako dorosła osoba wybiera ambitną muzykę, w wywiadach Mary opowiada o tym jak wychowywała się na Backstreet Boys oraz jaką inspiracją jest dla niej muzyka pop. Na szczęście na jej albumie nie słychać akurat tego rodzaju popu, ale wspomniana Lana Del Rey jest najbardziej oczywistym wzorem. Poza nią, w bluesowym brzmieniu „Oh Lord” można doszukać się PJ Harvey, a makabryczny tekst przypomina słynne „Henry Lee” nagrane w duecie z Cavem.

Pośród melancholijnych ballad znajduje się jeden wyjątek od reguły, a jest nim „Come” – jedyny dynamiczny, taneczny kawałek, który na trzy minuty przenosi nas do lat 80. i pierwszych płyt Depeche Mode. Taka mnogość inspiracji świadczy o tym, że jest to płyta bardzo popkulturowa, tak zresztą jak uważa sama autorka, która dorastając w artystycznej rodzinie z jednej strony uczyła się grać Bacha, a z drugiej czytała Bravo.

Płyta ma swoje słabsze fragmenty takie jak „Farewell My Heart”, w którym wokalistka sprawdza jak nisko może jeszcze zejść, co niekoniecznie wychodzi jej na dobre, czy przekombinowane „Third River”, ale mimo to wygląda na to, że narodziła się nowa, ciekawa postać na polskiej scenie muzycznej. Nawet jeśli nie nadzwyczaj nowatorska to z pewnością jest warta uwagi. Jej piosenki są wystarczająco wyraziste żeby zwrócić na siebie uwagę i wystarczająco intrygujące żeby pozostać w głowie na dłużej.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...