Mało jest artystów, którzy budzą takie zainteresowanie od momentu swojego debiutu, a nawet przed. Mało jest takich artystów, którzy umieją połączyć w muzyce coś, co na pierwszy rzut oka wydaje się nie do połączenia. Mało jest takich polskich artystów, którzy sprawiają, że po występie nie mam się do czego przyczepić i jestem pod wrażeniem – a nawet chcę więcej. Mowa o Bartku Schmitdcie tworzącym pod pseudonimem Baasch, który wydał na początku marca swój debiutancki długogrający album zatytułowany „Corridors”. Z jego twórczością zetknęliśmy się już w 2012 roku za sprawą pierwszej EP-ki „Simple Dark Romantic Songs”, która być może nie odbiła się wielkim echem, jednak rok później stworzył on muzykę do głośnego dramatu „Płynące wieżowce”, dzięki czemu zaczął być coraz bardziej rozpoznawalny.

Po raz kolejny koncertowym miejscem ciekawego debiutu były poznańskie Ptapty, do których w ostatnim czasie napływają zespoły i artyści warci szczególnej uwagi – jak m.in. Daniel Spaleniak czy Rysy. W przypadku wspomnianych wcześniej muzyków frekwencja dopisała, jednak w przypadku Baascha byłem szczerze zaskoczony i zadowolony, że tak wielu ludzi przychodzi posłuchać, wydawałoby się, dość niszowej muzyki. Wraz z pojawieniem się na scenie Baascha wspomaganego przez perkusistę, zacząłem zdawać sobie sprawę jak bardzo się myliłem określając jego muzykę jako zarezerwowaną do wąskiej grupy odbiorców. „Corridors” na żywo nabiera zupełnie innego znaczenia w porównaniu do dość gorzkiej i enigmatycznej wersji studyjnej. Strzałem w dziesiątkę było dodanie perkusji, która w połączeniu z szorstką elektroniką dała genialny efekt. Baasch od pierwszego utworu całkowicie kupił publiczność. Mieliśmy okazję posłuchać m.in. nieco depechowego „Underground Together”, trochę bardziej poszaleć i wyluzować do tanecznego „Crowded Love” (gdzie się podziała Pani „Y”?), „odpocząć” od mocnych elektronicznych uderzeń przy nieco egzotycznych rytmach „Make up”. Jednak utworem, na który wszyscy czekali okazał się, oprócz świetnego, zobrazowanego remiksu (ogromny plus za wybranie tej wersji) „Siamese Sister”, utwór „Animals”, który dzięki namowom publiczności został zagrany aż dwukrotnie. Zazwyczaj odgrywanie dwa razy tego numeru nie jest najlepszym pomysłem, jednak w tym przypadku wyszło to bardzo naturalnie i nikt nie miał wątpliwości, że była to najbardziej chwytliwa piosenka tego występu.

Baasch po poznańskim koncercie nie pozostawił złudzeń, że jest jednym z najciekawszych polskich debiutów tego roku. Rzeczą, która go wyróżnia jest odważne i bardzo szczere podejście do tego co tworzy i sposób w jaki to tworzy. Nie było to jedynie odegranie swojego materiału, a ciągła improwizacja, która robiła ogromne wrażenie i stanowiła powiew świeżości, który od kilku lat wreszcie zaczyna się pojawiać na polskiej scenie muzycznej.

Nie ma więcej wpisów