Zdaje się, że tegoroczny Red Bull Music Academy Weekender nie tylko powtórzył sukces pierwszej edycji tego festiwalu pod względem liczebności widowni, ale przede wszystkim nie zawiódł również pod względem jakości zaproszonych artystów. Goście wydarzenia obiektywnie stanowili bowiem dość szeroki przekrój najciekawszych zjawisk zarówno polskiej, jak i zagranicznej sceny muzycznej oraz często mieli okazję zaprezentować premierowe odsłony swojej twórczości w nowych, zaskakujących aranżacjach, co staje się powoli niewątpliwym atutem i znakiem rozpoznawczym wydarzenia.

Druga edycja RBMAWeekendera odbywała się od 16 do 18 kwietnia 2015, tradycyjnie już na warszawskim Placu Defilad. Koncertem inaugurującym całe wydarzenie był Steve Nash & Turntable Orchestra, który miał miejsce w czwartek w Studio Programu Trzeciego im. Lutosławskiego. Pozostałe występy zostały rozplanowane na cztery sceny w Pałacu Kultury i Nauki: Teatr Dramatyczny, Teatr Studio, Bar Studio oraz Plac Defilad – jedyna, która znajdowała się na otwartym powietrzu.

Projekt Albo Inaczej zgromadził na Scenie Teatru Dramatycznego nieopisane tłumy, a frekwencja zaskoczyła trochę samych organizatorów – szczęśliwi ci, którym udało się dotrzeć i usłyszeć na żywo między innymi nonszalanckie wykonanie „Dyskretnego chłodu” przez Krystynę Prońko i Andrzeja Dąbrowskiego, nieziemską Ewę Bem oraz creme de la creme – wyczekiwanego Zbigniewa Wodeckiego z „Jest jedna rzecz” z repertuaru Peji. Zdaje się, że pomysł zaaranżowania hip-hopowych hitów na jazzową estetykę okazał się w pełni trafiony, a granice gatunkowe pokojowo zatarte. Specjalnie z okazji Red Bull Music Academy Weekender reaktywowały się legendarne składy Flexxip i Stare Miasto, prezentujący po dwa utwory ze swoich repertuarów.

Albo Inaczej postawiło poprzeczkę tak wysoko, że w piątek trudno było ją przebić. Nie udało się to ani Korelessowi, który występował w zastępstwie nieobecnego Beat Spaceka i postawił raczej na lekko usypiający minimalizm, ani Australijczykom z Electric Wire Hustle.

Tłumy porwał headliner w postaci Buraka Som Sistema. Nikt chyba nie miał wątpliwości, że szykować się trzeba było na najbardziej żywiołowy oraz wybuchowy koncert festiwalu. Sala Teatru Studio była wypełniona do granic możliwości, a publiczność oszalała oszalała wraz z pierwszymi mocarnymi uderzeniami perkusji i aż do końca koncertu nieprzerwanie tańczyła – spora część widowni została zaproszona do wspólnej zabawy na scenę. Mocnym elementem piątku był również porywający set Mumdance & Novelista – pierwszy z nich to jeden z najciekawszych producentów nowej fali grime’u, drugi jest obiecującym osiemnastoletnim raperem ze składu The Square – razem na żywo stworzyli energetyczną i pobudzającą muzyczną miazgę.

Sobotę rozpoczął dla mnie projekt Nosowska elektronicznie, w którym oprócz samej Kasi palce maczali sam Andrzej Smolik i Paweł Krawczyk. Warto wspomnieć, że panowie pojawili się z wokalistką na scenie podczas dwóch utworów, a sama wokalistka już na początku występu wręcz namawiała do odrzucenia patosu i powagi tekstów piosenek oraz skupieniu się przede wszystkim na wspaniałych bitach, stworzonych przez kolegów. I słusznie – stare utwory w nowych aranżacjach wybrzmiały jakby stworzone do wykonywania z pazurem, a niepozornej i oszczędnej w gestach na co dzień Kasi Nosowskiej na scenie zdarzyło się tańczyć energetycznie na scenie i widać, że sama fantastycznie bawiła się ze swoją muzyką, podobnie jak publiczność, która szalała po drapieżnym „Keskese”. Osobiście bardzo uradowałoby mnie, gdyby materiał ukazał się na osobnym albumie długogrającym i mam nadzieję, że taki pomysł wpadnie do głowy również artystom.

Występem, który jednak najbardziej mnie wzruszył był live projektu Dorian Concept (absolwent RBMA z 2008 roku), gdzie samego pomysłodawcę – Olivera Thomasa Johnsona wspierał także na perkusji Cid Rim – tak, to ten sam pan, który dzień wcześniej prezentował solowego seta na zakończenie. Mimo chwilowych problemów technicznych z keyboardem, całość płyty „Joined Ends” na żywo wybrzmiała naprawdę bezbłędnie dzięki wyjątkowemu połączeniu emocjonalnej elektroniki, elementów akustycznych oraz niezawodnej akustyce Sceny. Panowie rozpoczęli od wzruszającego „Ann River, Mt”, a z pozostałych kawałków wyciągnęli wszystko, co najlepsze. Łezka się w oku kręciła, gdy ich występ kończył się improwizowanym solo w wykonaniu Johnsona.

Miłą niespodzianką oraz koncertem dnia był dla wielu energetyczny i występ Kindness, który na scenie pojawił się w klasycznym nonszalanckim garniturze, lakierkach i w otoczeniu grupki muzyków oraz dwóch wokalistek. W każdym wykonywanym utworze aż kipiało od pozytywnej energii i widać, że artyści dawali z siebie wszystko, biegając, skacząc, zmieniając instrumenty w każdej możliwej konfiguracji i nawet wychodząc poza scenę w tłum tańczących widzów. Nie zabrakło hitu z ostatniej płyty Kindness – „World Restart” wykonywanym w oryginale z Kelelą oraz rozbudowanego wysmakowanego „Why Don’t You Love Me” na pożegnanie.

Jednym z bardziej intrygujących i najczęściej dyskutowanych projektów festiwalu niezaprzeczalnie był live show w wykonaniu Eviana Christa, będący ucztą nie tylko dla uszu, ale przede wszystkim dla oczu. Brytyjski producent we współpracy z Emmanuelem Biardem – jednym z najbardziej znaczących projektantów świetlnych zaprezentował publiczności nieopisywalną słowami kombinację wizualną złożoną z przepuszczanych przez ekrany świateł, laserów i dymu dopełnianą przez futurystyczne bity Eviana. Skromnej wielkości Scena Teatru Dramatycznego przez prawie godzinę przemieniła się w niekończący się tunel, gdzie światło przeszywało słuchaczy na wskroś w galopującym tempie.

Spragnionym tańców odpowiednie ku temu warunki zapewnił duet Ptaki, wplatający w swojego godzinnego, dość różnorodnego stylistycznie seta nowe utwory z nadchodzącego debiutanckiego albumu „Przelot”, którego premiera zaplanowana jest na maj. Do prawie szóstej rano za konsolami na scenie Bar Studio wartę trzymali z kolei Grzegorz Demiańczuk i Wojciech Tarańczuk, czyli Catz’n Dogz we własnej osobie, nie dając festiwalowiczom chwili wytchnienia między kolejnymi miksowanymi utworami; po królewsku, mocno i z przytupem wieńcząc tegoroczną edycję Weekendera – moim skromnym zdaniem stojącą zdecydowanie na wyższym poziomie niż ubiegłoroczna. Jeśli tendencja wzrostowa się utrzyma, to obecność na Placu Defilad w roku 2016 jest po prostu obowiązkowa!

Nie ma więcej wpisów