Myślałem, że Spring Break ma być polską imprezą. I wszystko na to wskazywało, dopóki organizatorzy nie postanowili podkręcić sprzedaży biletów / zaskoczyć uczestników (niepotrzebne skreślić) i zaprosić Years & Years. Zespół, którym, nie bez powodu, fascynują się wszyscy na przestrzeni ostatnich miesięcy. I pomimo obawy, że Spring Break nie będzie się tak bardzo kręcić wokół polskiej muzyki jak powinien przekonałem się, że wcale tak nie było.

Lubię kiedy muzyka mnie zaskakuje. Dlatego też do Poznania przyjechałem częściowo nieprzygotowany, nie do końca wiedząc wszystko o niektórych występujących. I bardzo się cieszę, że tak zrobiłem. Bo dzięki temu odkryłem kilka gwiazd, o których (mam nadzieję) w niedalekiej przyszłości zrobi się głośniej.

Na największą pochwałę zasługuje Joa Bird. Poznańska artystka wystąpiła pierwszego dnia w klubie Oczy i zebrała niemałe grono zainteresowanych swoją twórczością. Wszyscy bawili się bardzo dobrze, a ze sceny emanowała świeżość, skromność i niezwykły talent, który umiejętnie wpasowywał się w wymyślne brzmienia. Mam nadzieję, że Joa zajdzie daleko, bo słuchało się jej niezwykle dobrze.

Min T to Martyna Kubicz, która podczas swojego półgodzinnego setu potrafiła wykreować na scenie swój świat, sprawiając wrażenia maestra imprezy, oddalonego od uczestników muzycznej uczty. Wyrafinowana psychodelia, która wymieniała się z housowymi dźwiękami powoli usuwała granicę postawioną przez artystkę między sceną i publicznością, aby w końcu stworzyć atmosferę idealną. Dobra robota Min T.

20150425-Karolina Lewandowska-Pola Rise-051

Oxford Drama, Pola Rise, Flemings, Daniel Spaleniak – ciężko napisać coś innego, niż „a nie mówiłem?”. Ci państwo wiedzą co robią ze swoją muzyką i z wielką przyjemnością patrzy się na ich poczynania na scenie. Podobno są młodzi, ale muzycznie na pewno dojrzali i dobrze ukierunkowani. Oby nie skręcili w złą stronę.

Festiwal nie byłby festiwalem, gdyby nie było rozczarowań. Chociaż w ich przypadku działa zasada „co kto lubi”, to zaryzykuję i napiszę, że bardzo rozczarował mnie koncert Women For Hire i wydaje mi się, że nie byłem jedyny (bo jeśli ludzie wychodzą dość licznie z jakiegoś wydarzenia, które nota bene jest ostatnim danego dnia [czyli nie spieszą się oni na kolejny koncert], to coś jest na rzeczy). Nie pasowało mi tam wszystko, wokale, muzyka, a nawet członkowie zespołu, którzy sprawiali się być sobie obcymi.

Mieszane uczucia mam odnośnie występu Jakuba Bugały aka Inqbator. Z tym koncertem wiązałem spore nadzieje i może właśnie dlatego się zawiodłem. Na pewno wpływ na odbiór muzyki miało miejsce, które dobrą miejscówką koncertową raczej nie jest (Ptapty). Wypełniony po brzegi (a to przecież o czymś świadczy!) klub zgromadził dość pokaźną grupę zainteresowanych Inqbatorem – nie ma się zresztą co dziwić, skoro ten koncert polecało kilku innych artystów, m.in. Daniel Spaleniak. Jednak pomimo sympatii do gatunku, który tworzy muzyk, po tym mini koncercie powiedziałbym dyplomatycznie, że „Inqbator to nie moja bajka”.

Okazało się, że koncertowo (tak, jestem gotowy na lincz) nie pasuje mi też We Draw A. Co samego mnie dziwi, ponieważ studyjnych utworów słucham z przyjemnością. Może zawiniło, po raz kolejny, miejsce – Good Time Radio – małe, zatłoczone, bez powietrza i (o ironio) ze słabym nagłośnieniem.

Koncert Trupa Trupa traktowałem jako ciekawostkę. I tak go właśnie wspominam.

20150425-Karolina Lewandowska-Trupa Trupa-004

Podsumowując ogólnikowo mogę przyznać, że Ptakova robi rzeczywiście dobrą robotę, Król na żywo brzmi fenomenalnie, o wiele lepiej niż na płycie, Spaleniak to taki polski Bon Iver i bardzo dobrze że jest, a Zalewski to petarda, której pozazdrościć nam powinien nam cały świat.

Pomimo faktu, że podczas tych trzech dni wystąpiło kilkudziesięciu wykonawców, byłem w stanie zobaczyć i posłuchać zdecydowanie mniej niżbym chciał. Powód? Rozkład godzinowy i rozmieszczenie koncertów pozostawiły wiele do życzenia. Jasne, niemożliwe jest zaplanowanie wszystkiego tak, żeby zadowolić każdego. Jednak zaledwie 30-minutowy slot na artystę (z drobnymi wyjątkami) to trochę za mało. Bo jeśli kolejny zaczyna w innym miejscu, oddalonym całkiem żwawym krokiem o 10-15 minut, to ciężko zostać na całym koncercie po to, żeby później posłuchać 10 minut kolejnego wykonawcy lub w ogóle nie zmieścić się do klubu (czego niestety doświadczyłem).

A teraz gwóźdź programu, czyli koncert Years & Years. Panowie tworzą taką muzykę, że każdy kolejny numer zapętlam bez przerwy. Dlatego przed ich koncertem przyjrzałem się nagraniom koncertowych występów i byłem trochę sceptycznie nastawiony do występów na żywo, jednak kiedy tylko Olly wyszedł na scenę i wziął mikrofon do rąk zmieniłem zdanie. Chłopak ma moc w głosie, a co najważniejsze, od razu po wejściu na scenę podzielił się swoją pozytywną energią z publicznością. Fenomenalnie poruszał się po scenie, a ze śpiewaniem pozornie prostych utworów nie miał najmniejszego problemu (YouTube najwyraźniej kłamie!). Widać było, że panów koncertowanie cieszy.

20150425-Karolina Lewandowska-Years and Years-031

Z Y&Y wiąże się ciekawa sytuacja, którą z chęcią opiszę. Po koncercie Krzysztofa Zalewskiego (czekając na Muchy) usiadły przede mną trzy panie w wieku +/- 40 lat. Wszystkie trzy „przeżywały” koncert Brytyjczyków mówiąc „Ci Years & Years to jakaś porażka / Brakowało tam tylko latających staników / Dałam im dwie szanse i po półtorej minuty wyszłam / Ten wokalista to taki nowy Justin Biber”. Po czym zaczęły zachwycać się Zalewskim co niemiara. No cóż. Albo są zagorzałymi fankami polskiej muzyki (i dobrze!), albo Y&Y to muzyka nie z ich bajki, albo Polska dla Polaków, albo… Wybrały właściwy festiwal dla siebie, bo Spring Break to święto bardzo dobrej polskiej muzyki. A że byli tam Years & Years, najgorętsze nazwisko na światowym rynku muzyki elektropopowej, to tylko miły dodatek. Dla niektórych.

[Kuba Stadnicki]

W zeszłym roku do pierwszej edycji Spring Break podchodziło się z ciekawością równą ciekawości małych dzieci. W końcu taka formuła festiwalu była dla nas zupełną nowością. To, że idea okazała się być sukcesem potwierdziły wyprzedane karnety na tegoroczną edycję, które dosłownie rozpłynęły się w trybie ekspresowym na kilka tygodni przed imprezą. Zapewne spory udział w tym miało sprowadzenie do Poznania grupy Years & Years, jednak jak sam festiwal pokazał polskie zespoły też potrafiły przyciągnąć prawdziwe tłumy fanów.

Ciężko opisać wszystko co się działo podczas Spring Break w kilku zdaniach. Jest to impreza niezwykle intensywna z racji swojej formuły – dzięki krótkim ale treściwym występom organizatorzy byli w stanie rozlokować w centrum Poznania kilkudziesięciu artystów dziennie czego efektem były szaleńcze gonitwy z klubu do klubu. Jednak to w żadnej mierze nie zniechęcało, a wręcz przeciwnie. Na Spring Break warto przyjechać nieprzygotowanym i kierować się intuicją – w końcu kiedy nie spodoba Ci się koncert na jaki właśnie udało Ci się wcisnąć wychodzisz i idziesz 200 metrów dalej do kolejnego klubu na koncert innego artysty.

To nieprzygotowanie czasem bardzo mile zaskakuje – jak choćby zderzenie się z bardzo energetyczną grupą Hidden World oscylującą raczej wokół nieco cięższych brzmień. Panowie w każdej sekundzie koncertu wyrzucają z siebie ogrom nieujarzmionej energii. Ekspresyjne i agresywne granie robi niemałe wrażenie, szczególnie w małym klubie – wydawało się, że mury Starego Kina nie są w stanie do końca poskromić emitowanych przez grupę dźwięków. Podobnie miłym zaskoczeniem był koncert formacji Straight Jack Cat w klubie Blue Note.

20150424-Karolina Lewandowska-Straight Jack Cat-049

Młodość to niebywały atut Spring Break – pokazały to koncerty Oly., która spokojnie, ale niezwykle nastrojowo z pełnym zespołem oczarowała publikę w klubie Dragon, Poli Rise, która przeniosła nas do innego świata, nieco kosmicznego (skojarzenie nasuwa się głównie za sprawą stylizacji artystki, która była idealnym dopełnieniem całego występu) czy choćby Mary Komasy, która bezapelacyjnie rozłożyła mnie (i pewnie nie tylko mnie) na łopatki. To właśnie podczas takich koncertów słysząc nastrojowy „City Of My Dreams” czy „Lost Me” emocje płynące ze sceny odbierają Ci na chwilę oddech, a serce zdaje się zatrzymać, żeby swoim biciem nie zaburzać płynącej muzyki.

Natalia Nykiel także była miłym zaskoczeniem. Po pierwsze – nie jest to muzyka, którą puszczam sobie na co dzień, po drugie – w taki sposób tworzące artystki kojarzą mi się ze świetnie wyprodukowanymi albumami i bardzo słabymi koncertami. W tym miejscu Natalia pokazała klasę. Album świetnie brzmi na żywo, ale co ważniejsze – nóżki nie są w stanie ustać spokojnie podczas jej koncertu, a to chyba właśnie o to chodzi, prawda?

20150424-Karolina Lewandowska-Natalia Nykiel-037

Ci „starsi” artyści – starsi oczywiście stażem i doświadczeniem, a nie wiekiem – również nie pozostali w tyle. Nie wiem do której szufladki zaliczyć łódzki Sjón, bo z jednej strony mają doświadczenie i duże koncerty za sobą, a z drugiej wydaje mi się, że dopiero „Human” skierowało ich na te właściwe tory. Panowie tylko potwierdzili swoją klasę, którą słychać na ostatnim wydawnictwie – koncertowo brzmią świetnie i warto śledzić ich poczynania. Poza tym Zamkiem zawładnął fenomenalny Król, który wytwarza wokół siebie jakąś magiczną aurę hipnotyzującą za każdym razem z równie ogromną mocą. Tides From Nebula ponownie udowodnili, że aby przekazać ludziom emocje nie potrzeba do tego słów. No i poznańskie Muchy, które ewidentnie pokazały, że co jak co, ale poznańska publika to ich publika, totalnie roznosząc Scenę na Piętrze jednocześnie serwując zebranym tam fanom piękne zakończenie festiwalu.

20150424-Karolina Lewandowska-Mary Komasa-066

Nie mogę nie wspomnieć o Years & Years. Spring Break ma swój specyficzny klimat – niby jest to festiwal, ale nie do końca czujesz się jak na festiwalu – podczas koncertu Years & Years po raz pierwszy poczułam w Poznaniu tą niesamowitą moc tłumu jaką czuć na tych największych festiwalach w Polsce. Mimo, że w moim muzycznym sercu częściej goszczą gitary, panowie zrobili na mnie niezłe wrażenie, a Olly moim zdaniem ma szansę stać się drugim Justinem Timberlake’m. Reakcje publiczności mówią same za siebie – pierwszych fanów spotkałam już w okolicach godziny 12!

Reasumując, Poznań doczekał się imprezy, do której wydaje się być niemalże stworzony, a Spring Break powinien się na stałe wpisać w kalendarz polskich festiwali. I to prawdziwie polskich, stawiających w 90% na promowanie młodych zdolnych twórców z kraju nad Wisłą. Wystarczy jeden dzień, żeby zauważyć jak dobrze radzi sobie młoda scena w Polsce i w jak dobrych kierunkach zmierzają ich muzyczne podróże. Aż strach pomyśleć jakiej siły Spring Break nabierze za pięć czy dziesięć lat! Obyśmy mieli szansę się o tym przekonać.

[Karolina Lewandowska]

20150424-Karolina Lewandowska-Tides From Nebula-107

Nie ma więcej wpisów