music is ... muzyka z najlepszej strony.

30 Seconds to Mars w Gdańsku

30 Seconds to Mars / mat.  Prestige MJM

30 Seconds to Mars / mat. Prestige MJM

Są zespoły, które pomimo zagrania setek koncertów, wciąż potrafią wyjść na scenę i zrobić show, jakby to był ich pierwszy występ. Choć 30 Seconds to Mars bywali w Polsce już siedmiokrotnie, każda kolejna ich wizyta budzi niesamowite emocje wśród fanów i to nie tylko tych nastoletnich.

Ich koncerty to zawsze doskonale przygotowane wydarzenie. Zaplanowane, ale też z dużą dawką spontaniczności. Marsi słyną z różnego rodzaju akcji koncertowych. Począwszy od zapraszania na scenę wybranych fanów z publiczności, aż po wspólne odśpiewanie finałowego utworu. Nie inaczej było tym razem w gdańskiej Ergo Arenie. 16-utworowa setlista, w połowie wypełniona kawałkami z nowej płyty, z dodatkiem akustycznych wersji „Hurracane” i „The Kill” sprawdziła się i tym razem. Muzycy postawili sobie wysoką poprzeczkę już samym swoim wejściem na scenę, poprzedzonym motywem z Final Fantasy. Odważne posunięcie, ale w tym przypadku jak najbardziej uzasadnione, zwłaszcza jeśli zapowiada ono „Up in the Air” na początek. Kolejne sześć utworów to zgrabna mieszanka albumu „Lust, Love, Faith + Dreams” i przedostatniego „This Is War” – od „Search and Destroy” przez „Kings and Queens” po uwielbiane i chóralnie odśpiewane „Do or Die”.

Nie da się ukryć, że to Jared Leto gra tu pierwsze skrzypce i to na nim skupia się niemal cała uwaga fanów. Biega, skacze, śpiewa, krzyczy i integruje się z publicznością na tysiąc sposobów. Jednak 30 seconds to Mars to nie tylko Jared. To też fantastyczny perkusista Shannon, na barkach którego spoczywa udźwignięcie całej sekcji rytmicznej tego zespołu i multiinstrumentalista Tomo, odpowiadający za syntezatory, gitarę i drugi wokal. Obaj podczas tego koncertu mieli swoje pięć minut. Shannona można był zobaczyć nie tylko za bębnami, jak ale również z gitarą akustyczną podczas kompozycji „L490″. Tomo z kolei dał się usłyszeć szczególnie podczas „End of All Days”. Obaj są fundamentem tego zespołu, który ma do zaoferowania znacznie więcej niż tylko wokal Jareda.

Końcówka koncertu, to jeszcze dwie kompozycje z nowego krążka – „The Race” i „Bright Lights” – oraz bonus w postaci coverów zespołu Metallica „Enter Sandman” oraz „Sad But True” będące intrem przed finałowym „Closer To The Edge”. I tu oczywiście najbardziej oczekiwany moment koncertu, czyli zapraszanie uczestników na scenę do wspólnego odśpiewania utworu.

Fani tej kapeli zawsze są zachwyceni. Jedni mniej, drudzy bardziej. Do tej drugiej grupy spokojnie można zaliczyć fankę, która odebrała telefon od Jareda i pojawiła się obok niego na scenie. Zawsze też znajdą się głosy krytyki, które wypunktują minusy koncertu, jak choćby zbyt słabe nagłośnienie wokalu, który w większości kompozycji ginął zagłuszony pośród ściany. dźwięku. Nie mniej jednak wydawać by się mogło, że najlepszym podsumowaniem tego wieczoru są słowa 30-kilkuleteniej fanki „Lubię ten zespół i znam ich piosenki, ale do wyznawców zaliczyć się nie mogę. Koncertów wiedziałam już w swoim życiu wiele, ale nikt nie robi lepszego show niż Marsi”.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...