music is ... muzyka z najlepszej strony.

Sorry Boys: „Jesteśmy zwolennikami przepływu energii”

Sorry Boys / fot. Radek Zawadzki

Sorry Boys / fot. Radek Zawadzki

Zaledwie kilka dni temu odbyła się premiera winylowego wydania drugiego studyjnego krążka grupy Sorry Boys „Vulcano”. Obecnie muzycy pracują nad utworami, które trafią na ich kolejną płytę, jednak w międzyczasie postanowili wyruszyć w krótką trasę, podczas której fani mieli okazję usłyszeć zapowiedź tego, co znajdą na trzecim albumie zespołu. Towarzyszyliśmy Sorry Boys podczas trzech z sześciu koncertów w ramach trasy Wide Open Tour. Każdy z nich był niezwykły i nad wyraz intensywny jeżeli chodzi o ilość emocji jakich zespół dostarczał nam i wszystkim pozostałym fanom. Przed wielkim finałem w poznańskim klubie Blue Note udało nam się porozmawiać z Belą Komoszyńską o pierwszych przemyśleniach dotyczących tej krótkiej, lecz muzycznie bardzo treściwej trasy, o nowych utworach, a także o samym procesie ich tworzenia.

Dziś kończycie trasę Wide Open Tour i ciekawi mnie czy macie już jakieś przemyślenia związane z tą trasą, czy może jest jeszcze za wcześnie i za dużo w tym wszystkim emocji? Jednak może macie już jakiś feedback od swoich fanów, dzięki któremu pojawiły się pomysły na to, żeby coś zmienić, poprawić?

Bela: Jesteśmy teraz w momencie przejściowym – pomiędzy drugą, a trzecią płytą – jedną nogą na Vulcanie – metaforycznie to ujmując, a drugą zawieszeni jeszcze gdzieś w przestrzeni. Nad trzecią płytą pracujemy od kilku miesięcy i postanowiliśmy, że pokażemy część materiału, który ma już formę zbliżoną do tego, co się znajdzie na albumie. Tak więc trasa Wide Open to swego rodzaju moment zamknięcia i otwarcia jednocześnie – przede wszystkim powitanie nowej płyty. Feedback, o który pytasz otrzymaliśmy bardzo dobry. Po koncertach zawsze rozmawiamy z publicznością i moje wrażenie, mam nadzieję, że nie mylne, jest takie że ludzie odbierają te nowe piosenki bardzo intensywnie, że być może jest w nich coś takiego, co porusza, dotyka. To nas bardzo naładowało na ten etap pracy nad płytą, który jeszcze przed nami i bardzo jesteśmy wdzięczni wszystkim, którzy uczestniczyli w tych koncertach.

Na początku Waszej muzycznej drogi powiedziałaś w jednym z wywiadów coś takiego, że „logicznym posunięciem jest danie ludziom kilku miesięcy na poznanie płyty i zapoznanie się z utworami, bo dzięki temu publiczność będzie sama mogła zdecydować czy chce przyjść na koncert, czy nie”. Teraz zmieniliście nieco podejście – gracie nowe utwory przed premierą – z czego to wynika?

Bela: W przypadku tych nowych piosenek, co jest dla mnie bardzo ciekawe, było tak, że chcieliśmy się nimi natychmiast podzielić. Nie da się tego zrobić w przypadku książki czy obrazu – chociaż właściwie można wystawić nieskończony obraz. Mam jednak na myśli to, że piosenka może przybierać różne formy, ale jej szkielet, czyli kompozycja pozostaje taki sam. Można wyjść na scenę i zaśpiewać ją tylko przy akompaniamencie gitary, a można ją zagrać już w pełnej aranżacji, tak jak my to teraz robimy. Miałam w sobie taką ogromną potrzebę podzielenia się nimi ze „światem”– czyli z ludźmi którzy przyjdą na koncerty – natychmiast, teraz, jak najszybciej… One miały taką niezwykłą nagłość w sobie. To jest też dobry moment na refleksję i zastanowienie się, czy można coś jeszcze w nich zmienić.

Jesteście w stanie określić już w tym momencie co przyniesie ze sobą nowa płyta, czy jeszcze jest na to za wcześnie?

Bela: Same kompozycje w moim odczuciu różnią się od tych z Vulcano. Jeszcze nie umiem tego do końca nazwać, po prostu czuję, że w jakimś sensie są inne. To co je zmieniło, to być może fakt, że więcej piszę teraz po polsku, co z jednej strony sobie założyłam, a z drugiej przyszło bardzo naturalnie. Jak mówi powiedzenie, najłatwiej zapanować nad naturą, słuchając jej :)

Jest trudniej tworzyć po polsku? Polski w końcu nie jest tak śpiewny jak angielski.

Bela: Polski z muzycznego punktu widzenia jest inny niż angielski – inaczej buduje się linię melodyczną, trochę inaczej brzmi głos. Pod wieloma względami jest po prostu trudniejszym narzędziem do śpiewania, mniej śpiewnym ze względu na długość słów, akcenty, ilość samogłosek, rodzaj spółgłosek itp. Trudniejszym, ale też bardzo ciekawym. Bo język jest w jakiejś mierze inspiracją do użycia odpowiednich instrumentów. On sam podpowiada, jakich instrumentów użyć, bo do jednego języka pasują takie aranżacje i takie dźwięki, a do polskiego zupełnie inne. Ma to też swoje odzwierciedlenie w sferze czysto muzycznej, sonorycznej – to język determinuje, jakie brzmienie zyskuje później muzyczna całość.

W jednym wywiadów pojawiła się nawiązująca do pewnego pomysłu wzmianka. Kusi Was stworzenie czegoś na kształt koncept albumu? Czegoś, co w pełni, od początku do końca, będzie jedną spójną historią?

Bela: W ostatnim czasie taka myśl bardzo mnie pociąga. Myślę, że to wcale nie musi być ciężkie, pretensjonalne i nieświeże. Inspiruje mnie myśl, w jaki sposób w dzisiejszych czasach można na świeżo i zaskakująco stworzyć koncept album.

Będąc przy albumach – pierwsza Wasza płyta zebrała bardzo dobre recenzje, druga wydaje mi się, że jeszcze lepsze – czy teraz nie boicie się momentu premiery trzeciego krążka? Nie jest to w pewnym sensie jakieś brzemię? Bo poprzeczka zawieszona jest już naprawdę wysoko.

Bela: Wydaje mi się, że tak przy każdej płycie było, jest i będzie. W przypadku pierwszej płyty jest to wyjątek, bo całkiem inaczej się ją traktuje, w końcu nawet inaczej się ją nazywa – „debiutancką płytą”. Później jest druga, trzecia, a potem już „kolejna”, bo nikt już nie pamięta, która to – po prostu „kolejna nowa płyta zespołu X”. Ale przy każdej płycie – nieważne czy ona jest druga, czy trzecia, czy piąta – odczuwa się podobny poziom ekscytacji. Sztuka dla sztuki jest ciekawą koncepcją, ale my jesteśmy zwolennikami przepływu energii – dajemy coś od siebie i z niecierpliwością czekamy, czy to komuś jest potrzebne, czy to coś w jego życiu zmienia. W takim sensie i z takim podejściem ekscytacja jest przy każdym albumie.

Jeżeli jesteśmy przy tej energii to widać po waszym FB że macie dość dobry kontakt ze swoimi fanami. Są takie zespoły, które potrzebują tej energii od fanów – widać ewidentnie, że jeżeli na koncercie publika się dobrze bawi, to zespół naładowany cudowną mocą gra lepiej, a jeżeli jest mniejsza frekwencja, czy też fani są bardziej powściągliwi w okazywaniu swoich emocji to koncert na tym nieco traci. Myślisz, że należycie do zespołów, którym potrzebny jest ten ładunek energii od fanów, czy raczej każdy koncert traktujecie jakby to był ostatni koncert w Waszym życiu i dajecie z siebie tysiąc procent możliwości?

Bela: Każdy koncert gramy jakby był ostatni koncert w życiu – to jest bardzo dobre określenie. Wydaje mi się, że nie istnieje zespół, który grałby niezależnie od tego, jaką energię dostaje od publiczności. Koncert nie ma prawa nazywać się koncertem, jeżeli nie jest przepływem energii, pomiędzy muzykami a słuchaczami. Jest to bardzo intymna sytuacja. I nie chodzi o to, żeby tańczyć, krzyczeć i w sposób fizyczny to okazywać. Chociaż to uskrzydla bardzo i nie ukrywam, że kiedy widzę, że ludzie się uśmiechają, tańczą, zamykają oczy – jakkolwiek fizycznie odbierają muzykę, to wtedy mnie ponosi i chłopaków też. Ale też szanuję i akceptuję to, że są osoby, które przeżywają wszystko zupełnie wewnątrz siebie i nie chodzi o to, że koncert im się nie podoba – po prostu każdy inaczej odbiera muzykę i okazuje emocje. Wszystko to ma ogromny wpływ na to, co się dzieje na scenie, jaką ludzie dają nam na żywo relację z tego, co słyszą i widzą.

Za rok – jeżeli liczyć moment powstania zespołu od 2006 roku – będziecie obchodzić swoje 10-lecie . Zastanawialiście się nad jakimś świętowaniem?

Bela: Faktycznie poznaliśmy się pod koniec 2006 roku, ale to chyba nieco przesadzona data. Pierwsze rzeczy, które można uznać za znak, że zespół się zawiązał i zaczęły powstawać pierwsze poważniejsze kompozycje to jednak rok 2007. Nie zmienia to faktu, że – w tym przypadku – za dwa lata 10-lecie by nastąpiło i przyznaję szczerze, że ciężko mi uwierzyć, że minęło tyle czasu. Czuję, że my się sobą jeszcze nie zdążyliśmy znudzić, cały czas czuję świeżość, jakbyśmy co dopiero tworzyli pierwsze piosenki. Niemalże. W każdym razie, cały czas to jest bardzo żywe i napięte.

Świeżość w zespole pewnie pomaga generalnie w funkcjonowaniu? Pewnie nie jest łatwo odnaleźć się kobiecie wśród czterech mężczyzn, czy może wręcz przeciwnie?

Bela: Nie jest tak, że się codziennie nad tym zastanawiam, ale świetnie czuję się w ich towarzystwie i mam nadzieję, że oni w moim także. Uzupełniamy się – nie staję się chłopczycą w zespole – jestem sobą, oni są sobą. Czuję się szczęściarą.

To jeszcze tak na koniec. Masz taki szczególny moment, szczególny koncert, który zapadł Ci w pamięć i do którego lubisz wracać myślami?

Bela: To nie będzie oryginalna odpowiedź, bo jednak okoliczności czasami mają bardzo duże znaczenie. Zagraliśmy w ramach festiwalu Tauron Nowa Muzyka w gotyckiej katedrze. Nie okolicznościowe kolędy, ale swój autorski materiał z towarzyszeniem chóru gospel Soul Connection. Nie w opuszczonym kościele, ale w miejscu, w którym sacrum jest cały czas obecne, gdzie między próbą a naszym koncertem odbyła się krótka msza. My weszliśmy na scenę, która była na ołtarzu z takim poczuciem, że przed chwilą tam się odbyła msza… Patrzę na to też trochę ze swojego etnologicznego punktu widzenia, może dlatego tak to przeżyłam. To są takie momenty, w których w głowie ma się miliony myśli. Koncert zyskał innego znaczenia – może aż nazbyt dosłownego i trochę mnie też to przerażało. Na szczęście publiczność zareagowała wspaniale, jak na regularnym koncercie, mimo, że siedzieli w ławkach, jak podczas nabożeństw. Po pierwszych minutach, kiedy już każdy z nas się otrząsnął z tego paraliżu kościelnego, było już spokojniej. To był naprawdę niezwykły koncert.

Galeria zdjęć z koncertu w Sopocie.
Galeria zdjęć z próby w Warszawie.
Galeria zdjęć z próby w klubie Stodoła.
Galeria zdjęć z koncertu w Warszawie.
Galeria zdjęć z koncertu w Poznaniu.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...