W muzycznej inicjatywie PKO Off Camery (wcześniej Off Plus Camery – zmiana sponsora tytularnego) – Off Scenie, mamy okazję brać już udział po raz trzeci i z roku na rok obserwować coraz większy progres w kwestii organizacji oraz kalibru zapraszanych nań artystów. W oficjalnym klubie festiwalowym Forty Kleparz w ciągu dziewięciu dni trwania wydarzenia będzie miało okazję zaprezentować się około trzydziestu unikatowych muzyków, w tym także tych spoza naszego kraju. Dodatkowym, ale bardzo ważnym aspektem wydarzenia, który powinien przekonać wszystkich niezdecydowanych, jest fakt, że udział w koncertach jest całkowicie bezpłatny – wejście do klubu umożliwia okazanie darmowej wejściówki (do odebrania w Centrum Festiwalowym zlokalizowanym w Pałacu pod Baranami), biletu kinowego z danego dnia lub akredytacji.

Hatti Vatti
Piątek, dzień pierwszy

Tegoroczną Off Scena zainaugurowały solowe występy Stefana Wesołowskiego oraz Hatti Vatti w towarzystwie zjawiskowej Misi Furtak.

Stefan Wesołowski, który na scenie Fortów pojawił się pierwszy, to bardzo utalentowany producent i skrzypek, który choć pochodzi z Polski, to swoją karierę muzyczną rozwijał w większości poza granicami kraju (współpracuje z brytyjską Mute Song i ukończył również francuską szkołę Académie Musicale de Villecroze). Jako współautor ścieżki dźwiękowej do „Sali samobójców” Jana Komasy, dał się poznać jako autor przejmujących instrumentalnych kompozycji, dogłębnie poruszających nasze najczulsze strony, ale w ramach Off Sceny Stefan pokazał się z nieco innej strony: dostosował swoją twórczość do atmosfery klubowej, serwując świetny set przywodzący na myśl mgliste kompozycje Andy’ego Stotta, z regularnym rytmem i rozchodzącymi się przestrzennymi, narastającymi synthami, ale jednocześnie zachowujące swoją esencję i autentyczność brzmienia.

Hatti Vatti, czyli Piotr Kaliński, na Off Scenie prezentował się zdecydowanie dłużej niż jego poprzednik, dzięki czemu mógł pozwolić sobie na więcej wariacji i dłuższy wstęp. W rezultacie w jego występie można było wydzielić dwie części – jedną, gdzie producent powoli rozkręcał się i stopniowo wprowadzał słuchaczy w klimat swojej płyty „Worship Nothing” z zeszłego roku, gdzie królowały przestrzenne struktury, dość niskie częstotliwości oraz tak bardzo charakterystyczna dla jego brzmień nostalgia z lat 80-tych. W momencie gdy na scenie obok Hattiego Vattiego pojawiła się Misia Furtak, całość nabrała zdecydowanie żywszego tempa. Eteryczna wokalistka, która współpracowała z producentem na płycie HV/NOON, gdzie wykonywała utwór „Nadważkość”, znakomicie odnajdywała się w przestrzeni muzycznej zbudowanej z minimalowych bitów i regularnego dubu. Koncerty obu panów zdecydowanie były ładnym akcentem otwierającym Off Scenę.
(Agata Ogórek)

Ivy

Niedziela, dzień trzeci

Bardzo lubię koncertowe niespodzianki, sytuacje kiedy człowiek przychodzi obejrzeć artystę o którym ma niewielkie pojęcie i nagle okazuje się, że była to najlepsza możliwa decyzja wieczoru. Palmę pierwszeństwa dzierży w tej kategorii dzierży dla mnie w tym roku Marcelina. Wygadana i utalentowana od razu zyskała serca publiczności. Doborowe towarzystwo muzyków i zadziorna dziewczyna o charakterystycznym głosie w połączeniu dali pokaz scenicznej energii, której w pierwszej chwili bym się nie spodziewała. Świeżość, młodość, maj!

Zaprzeczeniem świeżości było z kolei to, co zaprezentowali Brytyjczycy z Ivy & Gold. Tu w swej opinii mogę być odosobniona, bo publiczność przyjmowała kolejne kawałki ze sporym entuzjazmem. We mnie jednak duet ten wzbudzał dziwne pokłady irytacji. Ich twórczość można umieścić w rejonach electropopu, gdzie prym wiedzie dramatyczny kobiecy wokal. Poruszając się w takich klimatach trudno uniknąć porównań. Odziana w długą białą suknię Rachel Wilkinson przypominała mi nieco Hannę Reid, ale kompozycje duetu nie mają subtelności podobnej London Grammar. Przez myśl przemyknęło także Niki and the Dove, ale Szwedzi umieli dramatyzm wzbogacić odrobiną egzotyki. Przepis Ivy & Gold na koncert był po prostu przeciętny – Pan dołoży do klawiszy trochę podkładów z automatu, Pani prześlizgnie się po całej gamie i mamy show (choć czego wymagać od duetu, całego zbioru instrumentów?). Koniec końców ja tego nie kupiłam, ale mam nadzieję, że inni ludzie dobrze się bawili.
(Katarzyna Kowalik)

Tomek-Makowiecki
Poniedziałek, dzień czwarty

W tym roku Off Scena wyjątkowo dopisała jeśli chodzi o młodych, dopiero co rozpoczynających swoją karierę wykonawców, a do takich należą właśnie Atlas Like, których koncert rozpoczął czwarty wieczór festiwalu. Publiczność zgromadzona przed sceną może nie była bardzo liczna, ale Ci którzy obejrzeli występ z pewnością tego nie żałowali. Koncertowe brzmienie zespołu jest bardziej gitarowe i hałaśliwe, a ich energia mało co nie rozsadziła klubu – mogło by się wręcz wydawać, że ich życie zależy od tego jak intensywnie zagrają.

Po Atlas Like scenę przejął Tomek Makowiecki wraz ze swoim zespołem i salę wypełniły łagodne dźwięki syntezatorów. Nietrudno było przewidzieć, że setlistę wypełnią piosenki z ostatniego albumu artysty – „Moizm”. Zaczęło się od nastrojowego „Dziecka Księżyca”, a publiczność, która przez większość czasu stała spokojnie zasłuchana w płynące ze sceny dźwięki ruszyła się do tańca jedynie przy przebojowym „Holidays in Rome” i jedynym kawałku z wyraźnym brzmieniem gitary czyli „Las i Beton”. Na bis była niespodzianka, bo oto Tomek Makowiecki pokusił się o cover Republiki. Dla wielu osób twórczość Grzegorza Ciechowskiego jest wręcz świętością, ale nawet najbardziej zagorzały i konserwatywny fan musi przyznać, że „Ciało” w wersji z Fortów Kleparz wybrzmiało nie gorzej niż w oryginale.
(Sara Ochał)

Ostatni solowy album Tomka Makowieckiego – „Moizm” to na żywo prawdziwy majstersztyk i naprawdę wyraźnie odczuwalne jest to, że podczas licznych tras koncertowych zespół dopracował go po prostu do perfekcji. Podobnie jak na płycie, na utwór otwierający wybrano rozbudowane do ponad dziesięciu minut „Dziecko księżyca”, które wprowadziło słuchaczy w nieco odrealniony i wypełniony delikatnymi syntezatorami pasaż, spośród którego przebijał się miękki głos Tomka. Kolejne utwory podtrzymywały i rozbudowywały zapoczątkowany niezwykły nastrój spokojności, którego kwintesencją były dla mnie: „Zabierz mnie” oraz zniewalający „Ostatni brzeg”. Duże poruszenie pośród widowni wywołał na pewno również promujący płytę synthpopowy „Holidays in Rome”, stylistycznie przypominający dokonania zespołu Junior Boys.

Jedno jest pewne: jeśli ktoś nie zakochał się w „Moizmie” po odsłuchu na słuchawkach czy głośnikach w domowych warunkach, to zapewniam, że zrobi to po koncercie Tomka na żywo, kiedy to w całości można rozsmakować się w jego wyjątkowości. Nic dodać, nic ująć.
(Agata Ogórek)

When Saints Go Machine
Wtorek, dzień piąty

Ten dzień Off Sceny był jednym z tych, które zgromadziły największą publiczność, bowiem na scenie pojawili się młodzi, ale już rozpoznawalni Sjón, a także przybysze z Danii, znani i podziwiani za niestandardową twórczość oraz koncertową energię – When Saints Go Machine.

Ci pierwsi są jednym z najlepiej zapowiadających się młodych zespołów rodzimej sceny muzycznej, pochodzą z Łodzi  i podobno inspirują się muzyką skandynawską, chociaż w ich muzyce słychać echa Muse i innych wyspiarskich zespołów. Bogate instrumentarium i charyzmatyczny wokalista to ich znaki rozpoznawcze, a na scenie, jak łatwo przewidzieć, są wulkanem energii. Podczas wtorkowego koncertu uraczyli nas utworami ze swojego pierwszego mini – albumu pt. „Human” oraz mającego niedługo się ukazać jego następcy czyli „Suffer”. Swoim zaangażowaniem i emocjonalnym podejściem do grania udowodnili, że w pełni zasłużyli na swoją dobrą reputację.

Gwiazdy wieczoru rozpoczęły od niskich, hipnotyzujących dźwięków „Degeneration” po czym ku radości wszystkich zgromadzonych pod sceną przeszli do „Parix”. Koncertowe wersje ich kawałków mają podwójną siłę rażenia dzięki ciekawym aranżacjom, a także żywej perkusji, której żaden automat nie jest w stanie zastąpić. Łatwo przewidzieć, że flagowe kawałki z „Konkylie” takie  jak wspomniany już „Parix”, „Church and Law”, czy zagrane na sam koniec „Add Ends” będą punktami kulminacyjnymi wieczoru, ale nie gorzej wypadły fragmenty pochodzące z ostatniego krążka. Szkoda tylko, że zespół nie włączy do koncertowego repertuaru więcej reprezentantów debiutu, bo samo „Fail Forever” to trochę za mało.
(Sara Ochał)

Jest coś takiego w wysokim głosie Nikolaja Vonsilda (do złudzenia przypominającym falset, którym posługuje się Antony Hegarty) co zawsze wywołuje u mnie ciarki. Panowie bezbłędnie wykonali swoją powinność wobec mojej osoby, serwując w większości kawałki z najbardziej przebojowego krążka, czyli „Konkylie”. Ograny materiał przez umiejętne zaaranżowanie zyskał nową świeżość („Same Scissors”!). Dobre, bo duńskie chciałoby się rzec.
(Katarzyna Kowalik)

Jóga
Czwartek, dzień
siódmy

Zapowiedź ponownego koncertu Sleep Party People odbiła się szerokim echem po Krakowie i okolicach, bo jak można było się dowiedzieć, przestrzeń koncertowa Forty Kleparz nie zapełniła się do tej pory tak szczelnie jak nigdy podczas ostatniego tygodnia. I choć w oczekiwaniu na spóźniający się ponad pół godziny zespół trzeba było szukać najmniejszych dawek świeżego powietrza i wytchnienia, to ogromne zainteresowanie zostało nagrodzone.

Zdziwień chyba nie będzie jeśli powiem, że w ciągu nieco ponad godziny Brian Batz i spółka pokazali wszystko, co z ich strony najlepsze. Był więc przekrój ważniejszych pozycji z wszystkich trzech płyt. Były genialnie wyglądające w mroku królicze maski, których rytmika hipnotyzowała. Była zaraźliwa energia płynąca ze sceny, która rozlewała się po całej sali. W końcu było także szczere podziękowanie Batza, który przez cały czas, gdy tylko miał okazję, nawiązywał przyjacielski kontakt z publiką. Ale przede wszystkim nie było tu znudzenia czy kompozycyjnych nieporozumień, które mogłyby wybić z transu, który od samego początku serwował zespół. Jeśli ktoś więc pojawił się wtedy z konkretnymi oczekiwaniami względem enigmatycznego kwartetu, najpewniej dostał to czego oczekiwał.

Przed Duńczykami scenę zajęli nie mniej oczekiwani goście. Muszę przyznać, że tak jak kibicuję chłopakom od samego początku ich poznania, tak debiutanckie nagrania z EP-ki „Skin” nie wywołały we mnie odczuć, które miałem przy pierwszym zetknięciu z ich demówkami. Być może to kwestia zbyt dużych osobistych oczekiwań, a może rzeczywiście duet Jóga zrobił tylko to co powinien – nagrał utwory dobre, ale jednocześnie nieco zagubił swoje dawne niedoskonałe i jednocześnie przejmujące brzmienie, które gryzło się z nowym wcieleniem.

Na szczęście ich występ na żywo rozwiał wszelkie wątpliwości co do formy, ale i prezentacji oraz pomysłowości samego zespołu. I nie mówię tu tylko o nowym, niezatytułowanym jeszcze utworze, który zwiastuje zupełnie nowe podejście do serwowania dźwięku i śpiewu, ale także o tym, co dobrze znane. Bo chociaż kończący set kawałek okazał się najlepszym co do tej pory Jóga zrobili, to trudno było się oprzeć czarowi i aurze wytworzonej przez znane już „Fire”, „Ocean” czy fenomenalne „Brother”. W tym zestawie nawet polskojęzyczne „Cztery”, które w wersji studyjnej zdaje się odstawać od reszty i być niepotrzebne, na żywo wybrzmiało zdecydowanie bardziej porywająco. Nawet jeśli sam tekst utworu i przełożenie angielskiego akcentowania Rafała Skowrońskiego na polskie głoski wciąż bywa trudne do zaakceptowania.
(Marek Cichoń)

Katowicki duet Jóga ma już dość spore doświadczenie w supportowaniu gwiazd, zarówno sceny polskiej (Pustki, Fair Weather Friends), jak i też zagranicznej – Low Roar, czy teraz, gdzie podczas Off Sceny mieli okazję rozgrzać publiczność przed Sleep Party People. Mimo iż dorobek muzyczny Rafała i Kamila nie jest na razie zbyt liczny, to niesie ze sobą duży ładunek emocjonalny, co daje się dostrzec już od pierwszych taktów wykonywanych utworów. Nie można też odmówić Jódze autentyczności – wokal Rafała czaruje i porusza – najbardziej, gdy w grę wchodzi także polski tekst – mowa tu o przejmującym „Cztery”, stanowiącym personalnie mój ulubiony kawałek, ale anglojęzyczne „Fire” czy „Ocean” również mocno chwytają za serce.

Miłym zaskoczeniem podczas koncertu chłopaków było zaprezentowanie na koniec zupełnie nowego utworu z nadchodzącej EP-ki, która swoją premierę będzie miała tej jesieni (wiadomość z pierwszego źródła, if you know what I mean). Kompozycja nie ma jeszcze tytułu, ale jeśli w takim stylu ma być nadchodzący materiał, to ja jestem w całości na tak i jeszcze bardziej cieszę się na nowości ze strony duetu. Nie mówiąc już o tym, że skrycie liczę, iż szybko znowu pojawią się w Krakowie.
(Agata Ogórek)

We Were Evergreen
Piątek, dzień
ósmy

Przedostatnie wystąpienia na Off Scenie okazały się najbardziej polaryzującymi względem siebie występami. O ile bowiem popisy z poprzednich wieczorów można było w większym lub mniejszym stopniu zapisać u większości muzyków na plus, tak pojawienie się załogi Bobby The Unicorn przerwało dobrą passę. Oczywiście można mieć swoje własne zdanie na temat wokalu Darka Dąbrowskiego, jednak odchodząc już nawet od tematu barwy jego głosu, próba stwierdzenia, że tego wieczora Dąbrowski i spółka brzmieli dobrze, będzie stwierdzeniem nad wyraz optymistycznym. W ciągu kilku dziesięciominutowego koncertu nie działała bowiem niemal żadna z rzeczy, która powinna rozgrzać publiczność. Melodie gubiły się w przeszkadzającym skupić się na nich wokalu, gitary, choć momentami głośne i brzmiące szczerze nie porywały, a w swojej scenicznej ekspresji panowie nie byli w stanie przekazać energii zgromadzonym wokół słuchaczom. Zamiast więc radosnego wytupywania rytmu i bacznej obserwacji, pozostawało oczekiwanie – na coś pozytywnego, być może na pożegnanie. I słuchając paru komentarzy oraz rozglądając się wokół, wydaje mi się, że w tym odczuciu nie pozostawałem osamotniony.
(Marek Cichoń)

Z kolei występ trójki francuzów z We Were Evergreen okazał się być czystą przyjemnością. Zabrzmię niezwykle infantylnie, ale pierwszy przymiotnik, który przychodzi mi do głowy w odniesieniu do koncertu to „uroczo”. Większość materiału obejmowała zeszłoroczny debiutancki album „Towards”, ale nie zabrakło także utworów znanych z poprzednich EP-ek. Sceniczne interpretacje kawałków wypadają lepiej niż te studyjne, które mogłyby zagubić się w masach podobnego electropopu. Na żywo harmonie głosów Williama, Fabienne i Michaela wypadają bezbłędnie, a niezwykle barwne aranże co chwila zaskakują. Rytmika utworów kazała każdemu co najmniej podrygiwać („Best Thing”!), a co po niektórym jednostkom dała okazję do szalonego tańca. Przede wszystkim jednak z lekko egzotycznej mieszanki dźwięków banjo, perkusji i klawiszy wylewały się fale pozytywnej energii, nie pozostawiając nikogo bez choćby chwilowego uśmiechu.
(Katarzyna Kowalik)

Nie ma więcej wpisów