music is ... muzyka z najlepszej strony.

The Magic Whip

Blur The Magic Whip

data premiery: 2015-04-27
wytwórnia: Parlophone

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 7 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Przeciętnemu artyście nagranie płyty zajmuje co najmniej kilka miesięcy, czasy kiedy the Beatles nagrywali swoje flagowe przeboje w mig niby dawno już minęły, ale Blur nagrali swój najnowszy album przypadkiem, mimochodem, prawie od niechcenia i w dodatku w pięć dni. Historia brzmi niewiarygodnie, bo oto zespół, któremu odwołali koncert postanawia kreatywnie wykorzystać wolny czas i w ciągu kilku dni nagrywa nowy materiał. Damon Albarn, który podczas ubiegłorocznych Brits powiedział, że pomimo niewątpliwej przyjemności jaką daje mu granie z pozostałymi członkami zespołu uważa, że to koniec i więcej nagrań Blur już nie będzie. Jeśli wierzyć jego zapewnieniom to na kilka miesięcy przed nagraniem „The Magic Whip” on naprawdę nie wiedział, że płyta powstanie.

Kolejną częścią historii jest upór Grahama Coxona, który wrócił do naprędce zarejestrowanego materiału zabierając ze sobą Stephena Streeta – tego samego, który odpowiedzialny był za produkcję ich wczesnych albumów, a teraz po mniej więcej 18 latach znów podjął współpracę z zespołem.

W kontekście spotkań po latach nie dziwi więc fakt, że część piosenek brzmi jak typowe Blur. Pierwszy singiel, „Go Out”, mógłby znaleźć się na albumie z 1997 roku, „Lonesome Street” pasuje do klimatu „Park Life”, podczas gdy „I Broadcast” jest udoskonaloną wersją piosenek z debiutu. „The Magic Whip” nie jest albumem eksperymentalnym tak jak jego poprzednik, wydany w 2003 roku „Think Tank”, ale tam nie było Coxona, którego gitara zawsze definiowała brzmienie Blur. Brudny, gitarowy jazgot przesądza o atrakcyjności „Go Out”, a w „Ghost Ship” gitara w mistrzowski sposób buduje lekki, odrobinę funkowy klimat.

„The Magic Whip” to także krążek wielowarstwowy, z rodzaju tych, które wchodzą powoli, ale pozostają w odtwarzaczu na dłużej. Każdy kawałek ma swoją podskórną warstwę, która nie od razu się ujawnia. Wiele utworów wymaga cierpliwości, rozwijają się powoli, ale jak już się rozkręcą, a kolejne warstwy zaczną się na siebie nakładać to okazuje się, że są małymi dziełami sztuki. Tak jest w przypadku „There Are Too Many of Us”, a także „I Thought I Was a Spaceman” gdzie pod leniwymi akordami gitary kryje się niepokojący beat, napięcie stopniowo rośnie, aż wreszcie w okolicach piątej minuty wraz z pięknym riffem gitarowym osiąga apogeum, po czym powoli cichnie.

Teksty z racji spontanicznego powstawania albumu dotyczą po części tego co Albarn zaobserwował na miejscu, lub podczas innych podróży, na przykład do Korei Północnej („Pyongyang”, w którym czuć opresyjną atmosferę totalitarnego państwa). Jest w nich też mnóstwo nostalgii, ale również bezwstydnej radości jak we wspaniałym „Ong Ong”.

Stephen Street powiedział, że w przeszłości Blur mieli w zwyczaju nagrywać mnóstwo demówek i przynosić mu te nagrania pytając czy są dobre, a tym razem postawili na spontaniczność i wyszło doskonale. Są na tym albumie momenty, w których można uchwycić tę radość z grania, pewną radosną, punkową energię, która zawsze im towarzyszyła. Podobnie więc jak dla Suede, którzy dwa lata temu wrócili po długiej przerwie ze świetnym albumem, dla Blur te kilkanaście lat osobno okazało się być zbawienne. I choć mało prawdopodobne że Pulp jeszcze się reaktywują, to zostali jeszcze jedni giganci z tamtych czasów. Może teraz pora na braci Gallagher?

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...