music is ... muzyka z najlepszej strony.

Sleep Party People: „Nie sądzę, aby chodziło tu o maski, liczy się muzyka”

J. Bernardt / mat. prasowe

Read the English version of the interview >>>

Z wokalistą Sleep Party People porozmawialiśmy na parę godzin przed występem na festiwalowej Off Scenie. I choć zmęczony po podróży do Krakowa, to i tak Brian Batz dał się poznać jako najmilszy człowiek na świecie. Tematów było wiele, ale zanim przeszliśmy do rozmów o samym głównodowodzącym projektu i jego zapewnień na temat wysokiego poziomu polskiej publiczności, zaczęliśmy standardowo – od muzyki.


Podejrzewam, że jesteś już znudzony tymi wszystkimi podobnie sformułowanymi pytaniami, które dostajesz po wydaniu nowego albumu. Ale z tego co wiem, wciąż jesteś chętny do udzielania wywiadów. Skąd się to bierze?

Brian Batz: Myślę, że to dobrze, aby podtrzymywać kontakt z mediami.

I nie męczy Cię ciągłe odpowiadanie na te same pytania?

Brian Batz: [śmiech] Nie, naprawdę. Nie udzielam aż tylu wywiadów, więc to nie jest nudne. Ale fakt, zdarza się, że ludzie pytaja o to samo, na przykład skąd wziął się pomysł na królicze maski. [tu wspominam, że mam przygotowanych parę podobnych pytań, ale Brian nie narzeka] Pewnie, mogę o tym znowu opowiedzieć.

Jasne, ale zanim do tego dojdziemy: drugi album jest dość klimatyczny, niepokojący, ma w sobie dużo emocji. Najnowszy jest już bardziej przejrzysty brzmieniowo…

Brian Batz:
Cóż, niemal wszystkie utwory na „We Were Drifting On a Sad Song” napisałem w swoim mieszkaniu. Są podobne, skupione na brzmieniu klawiszy. „Floating” było nagrywane w San Francisco z dwoma świetnymi producentami [Mikael Johnston oraz Jeff Saltzman]. Różnica polegała w nowoczesnym studiu. Nagrywanie w swojej własnej sypialni jest bardziej intymne. Nowy album napisałem i nagrałem w przeciągu miesiąca i ciężko nad nim pracowałem, a taki tryb pracy i miejsce dają ci nowe pomysły. Chciałem oddalić się od dotychczasowych brzmień i zrobić coś znacznie większego.

Johnston i Saltzman mieli więc duży wpływ na ten krążek.

Brian Batz: Tak, wyprodukowali go razem ze mną. Biegałem z jednego pokoju do drugiego próbując nagrać te wszystkie partie perkusji, basu, gitar, klawiszy i tak dalej, podczas gdy oni stali obok i próbowali mnie odpowiednio pokierować.

Pytam ponieważ podczas słuchania nie próbuję w żaden sposób nazywać tego, co słyszę na „Floating”. A przecież jest tu post-rock, dream-pop, niektórzy wciąż powiedzą, że rabbit-core. Nadajesz te etykietki?

Brian Batz: Och, tak, robię to cały czas. Myślę, że to naprowadza słuchacza. Jeśli, dla przykładu, ktoś słyszy o shoegaze, to w jego głowie pojawiają się Slowdive, My Bloody Valentine. To chyba dobra rzecz, nie przeszkadza mi to zupełnie.

Ale na samym albumie jest wiele dźwięków, które przywodzą na myśl inne zespoły.  W „In Another World” czuć nieco trip-hopu, wokal Lisy Light w „I See The Moon” przypomina ten Regine Chassagne z Arcade Fire, a cała kompozycja bliska jest dokonaniom Mogwai. Z kolei w „Only A Shadow” mamy do czynienia z dawnym brzmieniem Sleep Party People. Nie myślałeś, aby cokolwiek tu zmienić tylko dlatego, że brzmi podobnie do tego co robią inne grupy?

Brian Batz: Przez większość czasu po prostu słucham tych utworów bez przerwy, robię to w czasie nagrywania. Potrzebuję tego do oczyszczenia głowy i skupienia się tylko na tym, co tak naprawdę chcę zrobić. Tak samo było w tym przypadku – w trakcie nagrywania nie chcę za bardzo skupiać się na myśleniu, chcę to wszystko zrobić spontanicznie, po prostu zakończyć proces. Zrobić to szybko.

Jak mówiłeś, miałeś ze sobą dwie inne osoby, ale wciąż nie zabrałeś do studia reszty zespołu. W jednym z wywiadów powiedziałeś, że to są tylko przyjaciele, a Sleep Party People to tak naprawdę ty. Nie poczuli się nieco obrażeni?

Brian Batz: Skądże. Chciałem ich zabrać ze sobą do San Francisco, ale to zbyt droga zabawa. No i pomyślałem, że i tak mogę na wszystkich instrumentach zagrać sam, więc ten plan poczeka [śmiech]. W sumie to myślę, aby zrobić to przy nagrywaniu kolejnego albumu, ponieważ mam nowe, wielkie studio. Dobrze byłoby zabrać tam chłopaków i pozwolić im grać na tym wszystkim zamiast mnie. Ale sam nie wiem, [śmiech] pewnie i to się zmieni.

Okay, wspomnieliśmy temat masek, więc czas go poruszyć. Zastanawiałem się nad tym, czy na samym początku myślałeś o tym, jak pretensjonalne może to być dla wielu ludzi.  Wiesz, kolejny „zespół w maskach”.

Brian Batz: Pewnie, myślałem o tym sporo. Miałem wątpliwości co do grania w maskach i podejrzewałem, że wielu widząc nas w nich jeden raz, nie będzie chciała robić tego po raz kolejny – bo wciąż w nich gramy i nic się nie zmienia. Ale nie sądzę, aby chodziło tu o maski, liczy się muzyka. Kolejne albumy różnią się od siebie, ale wciąż niezmiennym zostają maski – nasz sceniczny koncept.

Na początku jednak nie mieliśmy o Tobie żadnych informacji, byłeś tylko kolesiem ukrywającym się za maską. W trakcie wydania drugiej płyty, po prostu stwierdziłeś „Nazywam się Brian Batz, a to mój zespół”. Po co więc to całe ukrywanie?

Brian Batz: Musiałem do tego przywyknąć. Nie umiałem śpiewać inaczej, nie zrobiłem tego nawet przed swoja mamą zanim po raz pierwszy nie wszedłem na scenę. A maska była miłym dodatkiem, pomagała radzić sobie z nieśmiałością. Teraz czuję się pewniej.

I tamto uczucie zniknęło całkowicie?

Brian Batz: Tak sądzę. Uważam, że to ważne, abym pokazywał swoją twarz…. Oczywiście nie chcę przeprowadzać wywiadów w masce, to głupie.

A myślałeś o tym, aby porzucić maskę i koncertować bez niej. Albo w jakiś sposób ją zmienić?

Brian Batz: Och, nie, nie… No nie wiem. Może? Myślę, że wciąż się sprawdza, więc to naprawdę fajne grać z nią założoną przez cały koncert. A ludzie wydają się to naprawdę lubić, to chyba nasz znak.

Znamy Cię już jako muzyka, a co z życiem poza zespołem?

Brian Batz: Cóż, pracuję jako producent, więc wszystko kręci się wokół muzyki. No i mojej dziewczyny.

A co z resztą popkultury? Odnajdujesz się w filmach, książkach, komiksach, w czymś takim?

Brian Batz: Lubię chodzić na filmy. Ostatni raz byłem w kinie na, cóż, to chyba był francuski film… Była tam dziewczyna z niebieskimi włosami, właściwie to były tam dwie prześliczne dziewczyny… Trzy godziny w kinie. O, już pamiętam – „Życie Adeli”, świetny film.

Ale nie jesteś jakimś wielkim maniakiem filmowym?

Brian Batz: Nie, niespecjalnie.

Z tego co słyszałem, czytanie też nie jest Twoją pasją…

Brian Batz: Teraz czytuję Franza Kafkę, ale zapomniałem angielskiego tytułu książki…
[tu przerywa nam dostawca bardzo ważnych części do instrumentu na dzisiejszy koncert]

Dobra, to na czym stanęliśmy… Co z telewizją? Jesteś fanem jakiegoś serialu telewizyjnego?

Brian Batz: Och, pewnie. „True Detective” było świetną serią. Obecnie oglądam trzeci sezon „House of Cards”, ale nie jest tak dobry jak poprzednie – chcę, aby znowu zrobiło się tam nieprzyjemnie…

Muszę się zgodzić, ale czasami musisz coś zmienić w swojej opowieści. Wiesz co, wybaczyłem im, bo to wciąż dobra rzecz. A pytam, bo Dania ma do zaoferowania wiele, jeśli chodzi o kulturę. Rozkochaliśmy się w serialu „The Kingdom” czy „The Bridge”, znamy i chętnie słuchamy Mew, I Got You On Tape, Efterklang, WhoMadeWho, osobiście uwielbiam zespół Iceage. Jest ktoś jeszcze kogo byś polecił?

Brian Batz: Dziewczyna o pseudonimie DíSA. Tak właściwie pochodzi z Islandii, ale teraz mieszka z Kopenhadze. Ma niesamowity głos, podobny do tego Elizabeth Fraser z Coctaeu Twins. Jest sennie, nieco popowo, ale z elektronicznym dodatkiem – brzmi niesamowicie. Ice Cream Cathedral przypominają mi nieco album „Third” z repertuaru Portishead. A Communions to grupa podobna do Iceage, ale może nieco bardziej idąca w kierunku muzyki popowej. Ale tak, mamy wiele świetnych zespołów.

Funkcjonuje u nas strona „Dobre, bo duńskie” i zastanawiałem się, czy jesteś w stanie powiedzieć o kimś z naszego kraju „dobre, bo polskie”?

Brian Batz: Och, czekaj… [tu następuje chwila zastanowienia] Nie sądzę, może coś bardziej klasycznego, jakiś jazz? [Brian wyszukuje w pamięci nazwisko artystki, która, jak ustaliliśmy, okazała się nie pochodzić z Polski]

Przepraszam, wiem, że to ciężkie pytanie.

Brian Batz: [śmiech] Tak, jest ciężkie.

Odwiedziłeś nas już parę razy, parę lat temu zagraliście na Northern Art Festival oraz OFF Festivalu, w Warszawie i Poznaniu pojawiliście się pół roku temu. Przypominasz sobie te występy?

Brian Batz: Och, tak, naprawdę pamiętam OFF Festival. Uwielbiam grać w Polsce… [dodaję, że wszyscy tak mówią, jednak Brian zapewnia mnie o szczerości swoich słów] Sądzę, że publika naprawdę to czuje. Gdy gramy utwory spokojniejsze, ciche, sala zawsze się wycisza, słucha tego co robimy. A gdy zaczynamy szaleć, wy także się w to wczuwacie. Uwielbiam to, tą więź między publiką a zespołem.

Dobra, to na sam koniec odniosę się do mojego pierwszego pytania. Czy jest jakiś temat, na który chciałbyś się wypowiedzieć, a do tej pory nikt nie zadał Ci odpowiedniego pytania? 

Brian Batz: Myślę, że byłoby to pytanie o dawne czasy, o to jak wyglądały moje pierwsze kroki z muzyką. To niezbyt często poruszana kwestia. Mogę powiedzieć, że wszystko zaczęło się, gdy mój ojciec uczył mnie grać na gitarze. On sam wykonywał utwory Donovana i Boba Dylana, które aż chciałem wykonać samodzielnie.

I nikt nigdy nie poruszył tej kwestii? Jestem zaskoczony, bo choć chodziło mi po głowie takie pytanie, to wydawało się ono zbyt proste.

Brian Batz: Być może wszyscy tak sądzą i po prostu z niego rezygnują.

Nie sądzę więc, że tym razem było wiele niespodzianek. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak życzyć powodzenia podczas koncertu. Dzięki za rozmowę.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...