music is ... muzyka z najlepszej strony.

Kalpa Vigraha

Ander Kalpa Vigraha

data wydania: 2015-01-01
wydawnictwo: własne

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 7 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Opowiedzenie płyt takich jak ta, jest nie tyle sztuką niełatwą, co raczej zbędną dla osób nie mających z nią do czynienia. Co bowiem można tu nakreślić, prócz ogólnych pojęć, takich jak chociażby dark ambient czy field recording? Cóż można powiedzieć, jeśli jedne odgłosy ludzkie na tym albumie są nierozszyfrowywalne, a same doznania muzyczne dzieli się na dwa nurty: te kojące oraz niepokojące? Trzecie dzieło Andera jest właśnie czymś takim – opowieścią, którą nie sposób streścić, jeśli sami jej nie doświadczymy. A i przywołana tu rola storytellingu pełni na „Kalpa Vigraha” ważną funkcję, bowiem spaja album.

Muzycznie wszystko wciąż kręci się wokół eksperymentalnych faz ambientowych. Nie ma więc zaskoczeń, gdy słyszymy jak brzmi rozpoczynające krążek, niepokojące „Watering Team”. Jeszcze bardziej emocjonalne drżenia pojawiają się w majestatycznie brzmiącej, wolno kroczącej kompozycji stworzonej wraz z Jakubem Ambroziakiem – „Planet Earth”. Posklejane bity „Aokigahara”, utworu stylistycznie podobnego do tego z debiutu DJ-a Shadow, przypominają, których albumów powinno się słuchać podczas nocnych wypraw.

Wspomniana w tych trzech utworach atmosfera parę razy jeszcze gęstnieje, wciąż mamy tu nieustanne wykorzystanie szumów i poczucie rozmycia, jednak ten mrok co chwilę rozwiewany jest przypływem nieco spokojniejszych, bardziej tulących dźwięków. Tętniące życiem i naturą „Gutai” kończą co prawda psychodeliczne dzwony, a pierwsza część „White Sun” daleka jest od odczucia spokoju, jednak zwieńczenie tego drugiego utworu, a przede wszystkim fantastyczny kawałek „Frederick Valentich”, to już idealne uchwycenie wytchnienia, pożądane złapanie oddechu.

Smaczku nadaje oczywiście sam koncept albumu, który wokół niewyjaśnionych, dziwnych zjawisk i nieśmiertleności się obraca, o czym świadczy tytuł, ale i poszczególne nazwy kompozycji. Budować ten klimat pozwalają jeszcze sample wokalne – w utworze „Emma Tillman” brzmią bardziej bliskowschodnio, złowrogość przekazu odzwierciedlają wyemitowane od tyłu rozmowy w „Arbella Ewing”, a nieco przyjaźniej robi się za sprawą ciepłej filmowo-serialowej scenerii odgłosów „Henry Kane”.

I chociaż wszystko to brzmi dość eklektycznie, a przy tym fascynująco, to w swoim wydźwięku nie okazuje się na tyle ekscytujące, jak można by tego oczekiwać. Owszem, słupski producent poszedł nieco dalej i zamiast egzystencjalnego przytłoczenia „Lamentów” serwuje album raczej do zadumy, pewnej kontemplacji, wyciszenia – ale przy tym wciąż niewiele więcej tu wyróżniających się fragmentów. „Kalpa Vigraha” działa bowiem jako całość, ciekawy soundtrack, który co prawda nie zaskakuje formą, ani nie chwyta słuchacza na długie godziny, ale nie jest też bezmyślnym kopiowaniem tworów z podobnej stylistycznej półki. Ocena puntkowa w tym wypadku wydaje się więc dość mało sprawiedliwa, ale takie są reguły. Zamiast jednak się nią sugerować, nie pozostaje Wam nic innego, jak samodzielnie sięgnąć po wytwór Andera.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...