Zdawało się, że album Baascha przeminął jakoś bez większego echa, nie powodując wielkiej manii spowodowanej dźwiękami „Corridors”. To ciekawi, tym bardziej, że swego czasu jego pseudonim wybrzmiewał na ustach kolejnych, którzy obserwując pojawiające się co chwila muzyczne nowości, typowali Bartka Schmidta do artystycznego tronu. Pokazał to już soundtrack do „Płynących wieżowców”, który przecież i tak zdaje się pewną odskocznią i twórczym rozpraszaczem, a jednocześnie jeszcze większym przygotowaniem do pełnowymiarowego dzieła prodeucnta.

Skupienie się na stylistyce lat 80-tych Baasch zapowiadał już od samego początku, jednak porównywanie zawartości EP-ki „Simple Dark And Romantic Songs” do obecnych wytworów spod rąk Schmidta przynosi więcej przeciwieństw niż zbieżności. I nie chodzi tu tylko o kwestię samej produkcji, która na tym albumie znacząco podkreśla atuty nowych utworów i postęp poczyniony na przestrzeni prawie trzech lat, ale także o samo emocjonalne podejście do budowania kompozycji, ich bardziej znaczącego oddziaływania na słuchaczy.

Najlepszym przykładem jest tu kończące album „Black Poetry”, które będąc bodajże najbardziej klubowym – choć tu raczej kusiłbym się o określenie go lekkim, nośnym, popowym – kawałkiem z całego zestawu, ujmuje błagalnym wydźwiękiem swojego refrenu, wokalną pasją Schmidta. Ta wyrywa go nieco z wytworzenia w odbiorcach wrażenia dość ponurego, beznamiętnie opowiadającego historie cierpiętnika. To oczywiście okazuje się być obrazem zupełnie nieprawdziwym, bo to właśnie głęboki, przenikliwy wokal okazuje się tym najważniejszym elementem, który niejednokrotnie zmienia postrzeganie tych dźwięków.

Tym bardziej, że całość, która pozornie wydaje się być zbyt jednolita, bez pewnej dawki stylistycznych zaskoczeń czy wyróżniających się wtręrów i chropowatości, jest zaopatrzona w ich odpowiednią ilość. Nie odciąga tym jednak uwagi od wytworzonych na „Corridors” dźwiękowych podstaw. W obu przypadkach – muzycznym i wokalnym – można tu przywołać pewne podobieństwa do Trust, New Order czy White Lies, a samą stylistykę nakreślić jako vibe wspomnianej już wcześniej dekady, pełnej synthpopowego szaleństwa. I nie będzie to żadnym szczególnym wyczynem, bo wszystko przedstawiały już single „Siamese Sister” czy „Several Gods”.

A jednak samych emocji i wrażeń ta płyta skrywa więcej, żeby przywołać chociażby wkroczenie na dubstepowe pole w „Clamber”, taneczny krok „Clear” czy transowy, duszny i pulsujący klimat „Parachute”. Ale pomimo tej wyrazistości i wielości odniesień, album Baascha wciąż pozostaje pozycją pozornie nieradiową, szorstką czy nawet nieprzyjemną. Odpowiedzi na pytanie o powód zainteresowania mniejszego niż oczekiwany być może należy szukać w inności tego materiału, niechęci do jego dogłębnego poznania, skupieniu się na nim i rozszyfrowaniu. A szkoda bo warto.

Nie ma więcej wpisów