Znacie może to poczucie odrealnienia, kiedy długo planowane wydarzenie w końcu staje się rzeczywistością? Mam nadzieję, że tak. Takie właśnie uczucie towarzyszy mi od kilku dni, które to spędzam już w słonecznej Barcelonie. Plan przybycia tutaj powstał spontanicznie prawie rok temu i cały ten czas poświęciłem na dopracowywanie jego realizacji. Nie będzie to jednak relacja z podróży. Głównym punktem tej wycieczki jak zawsze jest muzyka. Tym razem postanowiłem przenieść muzyczną pasję na kolejny poziom i zakosztować legendarnego już „zachodu”. Do stolicy Katalonii przywiał mnie festiwal uznawany za jeden z najlepszych na świecie, Primavera Sound.

Dziesiątki przeczytanych wcześniej relacji i opinii wywindowały mój poziom oczekiwań bardzo wysokie rejestry. Za legendarne uznaje się tutaj wszystko, od miejsca festiwalowego, przez atmosferę po line-up. Tegoroczny, po zeszłorocznym romansie alternatywy z mainstreamem, powrócił do swojego klasycznego kształtu. Przez trzy dni otrzymamy potężną dawkę ambitnych dźwięków z szerokie przekroju stylów i gatunków, podane przez starych wyjadaczy oraz młodych, obiecujących artystów.

Bardzo trudno było powściągnąć emocje, kiedy zmierzając w stronę głównego wejścia oczom ukazuje się, wyłaniający zza niewielkiego wzniesienia, neon Primavera Sound. Jedna z ikon festiwalu oraz bohater tysięcy zdjęć i selfie festiwalowiczów. Bardzo szybko przesuwająca się kolejka pozwoliła mi w mgnieniu oka pojawić się już w miejscu najważniejszym. Co ciekawe, względy bezpieczeństwa traktowane są tutaj zgoła odmiennie niż u nas, nie ma typowej kontroli z przeszukaniem, ani nawet dokładnego sprawdzania toreb. Nowinką są także festiwalowe karty, które są sczytywane przy każdorazowym wejściu i opuszczaniu terenu festiwalu.

Sam teren robi piorunujące wrażenie. Utkana z modernistycznych brył, pokryta betonem z gęsto rozsianymi scenami i strefami gastronomicznymi gwarantuje fantastyczny widok na morze śródziemne. Stosunkowo niewielka rozpiętość tego miejsca gwarantuje zaskakująco szybkie przemieszczanie się pomiędzy kolejnymi scenami, co jest wyjątkowo praktyczne ze względu na częste kolizje w timetable. Brak pola trawiastego, do którego przyzwyczajony jestem choćby na Open’erze, daje się we znaki po kilku godzinach dreptania. Sam gorący klimat Barcelony jest tutaj przyjemnie ujarzmiany przez płynący od morza wiatr, co sprawia, że nawet koncerty w pełnym słońcu nie okazują się bolączką.

Przechodząc do głównej atrakcji, czyli muzyki. Prawdziwym wyzwaniem jest tutaj wspomniany wcześniej timetable. Mnogość scen i artystów na nich występujących powoduje wiele nieprzyjemnych kolizji. W żaden sposób nie wyjaśnia to jednak zderzania ze sobą występów tych najbardziej popularnych gwiazd.

Pierwszy dzień i doświadczenie z Primaverą rozpocząłem od spotkania z ekipą Viet Cong na scenie Pitchfork. Z kronikarskiego obowiązku przed koncertem zrobiłem sobie powtórkę z ich materiału, jednak nadal nie mogę powiedzieć, że jestem ich wiernym fanem. W studyjnej wersji brzmią ciekawie i dość świeżo, niestety na żywo coś z tego dobrego wrażenia umyka. Być może była to wina kiepskiego nagłośnienia, które w połączeniu z dobiegającym z innych scen hałasem niektóre instrumenty zespołu czyniły niesłyszalnymi. Być może to wrażenie panowie poprawią w Krakowie, tamtejsza namiotowa scena wydaje się być odpowiedniejszym dla nich miejscem.

Następnie próbowałem udać się na Sun Kil Moon. Niestety nie zakończyło się to powodzeniem. Występ Marka Kozelka został zaplanowany na scenie Auditori Rockdelux, która usytuowana jest w budynku stojącym tuż przed wejściem na imprezę. Potężna kolejka skutecznie ostudziła mój zapał. Pozostając w tematyce żywych legend, wybrałem zamiast tego koncert Thurstona Moore’a i jego zespołu. Tutaj nie było szans na potknięcie. Perfekcyjnie prowadzone, wielowarstwowe instrumentale oszałamiały brzmieniem. Dość statyczny na scenie muzyk spowodował, że zaskakująco opanowana do teraz południwoa publiczność zaczęła bawić się pod sceną. Kolejną na liście atrakcji była amerykańska ciekawostka: Kelela. Chociaż jest kolejną z wielu kobiet wpisującą się w obecnie popularny trend ‘przydymionej’ elektroniki, potrafi stworzyć intymny nastrój i zachwycić potężnym głosem. Na żywo przypomina mieszankę FKA twigs oraz Banks. Podczas tego kocnertu w tłumie wypatrzyłem znajomą twarz. Mikołaj Ziółkowski z agencji Alter Art z dość dużej odległości w skupieniu obserwował koncert artystki. Wydaje się, że wrażenie pozostawiła po sobie pozytywne. Czyżby line-up Open’era 2016 już był w budowie?

Po dłuższej przerwie rozpoczął się istny maraton. Pierwszy etap, to set Tylera The Creatora. Wulkan energii nie dający wytchnienia. Wtargnął na scenę od pierwszych dźwięków pokazując, do kogo należy Primavera przez najbliższe 40 minut. Stosunkowo niewielki zebrany pod sceną tłum poddał się temu panowaniu bez dyskusji. W tym samym czasie na jednej ze scen głównych swój występ zaczynał headliner tego dnia, The Black Keys. Zawiedziony tym, co zaprezentowali podczas zeszłorocznej wizyty w Gdyni wybrałem występ osławionego już Cheta Fakera. Liczyłem, że spędzone z nim 60 minut pozwoli mi zrozumieć jego fenomen. Nie udało się. Chociaż był to bardzo poprawny koncert, nadal nie jestem w stanie pojąć, o co tyle hałasu w przypadku tego pana. Był to dość monotonny set zbudowany z ciągle powtarzających się, elektronicznych dźwięków i ciężkiej do zniesienia maniery wokalnej ocierającej się niebezpiecznie o jęk. Sam artysta wyglądał na równie znudzonego co ja. Największą atrakcją tego koncertu, co z pewnością uczyni go zapamiętywalnym, okazała się para wyjątkowo…rozbawionych festiwalowiczów, którzy na tę godzinę zniknęli w swoim świecie.

Czekając na koncert zamykający dla mnie ten wieczór zajrzałem na scenę Heineken, gdzie publiczność hipnotyzował James Blake. Jak zawsze w formie, jak zawsze bezbłędny. Żałuję jedynie, że nie dane mi było usłyszeć nic z nowego materiału. Wisienką na torcie był natomiast koncert Jungle rozpoczynający się o drugiej w nocy. Liczyłem się z tym, że zmęczenie może wziąć górę i po kilku pierwszych kawałkach udam się w stronę miękkiego łóżka, jednak to, co wydarzyło się na scenie przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Potężna fala pozytywnego funku wylewająca się z głośników zadziałała mocniej niż nie jedna kawa. Nogi same rwały się do tańca, a zmęczenie odeszło w zapomnienie.

Po kilku wątłych godzinach snu czas ruszyć na zwiedzanie, a potem po kolejną dawkę najlepszej muzyki.

Nie ma więcej wpisów