music is ... muzyka z najlepszej strony.

Hey Karen

Hey Karen OK

data wydania: 2015-04-04
wydawnictwo: Paris Garage, ltd

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 3 głosy
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Mieniąca się kolorami okładka krążka „OK” przypomina nieco tęczowy rozbłysk z nowego wydawnictwa Jamie’ego xx, blisko jej także do coverowych wariacji wydawnictw Kwesa. Spoglądając na tytuł, każdy muzyczny laik prędzej czy później pomyśli sobie o albumie „OK Computer”, choć pewnie gdzieś z tyłu głowy, być może za sprawą samych tylko teledysków, będzie mu krążyć nazwa grupy OK Go. Wszystkie te obrazy i skojarzenia są sprzeczne z tym, co przygotował tu Hey Karen, który sam przecież jednym tchem wymienia najważniejsze dla swoich tworów inspiracje: Daft Punk, Late of the Pier, Nine Inch Nails, Kraftwerk. I chociaż rzeczywiście można z tego zestawu wyłowić jakieś cechy wspólne, łączniki, to i tak pomiędzy trzecim albumem warszawiaka, a wyżej wymienionymi pozostaje przepaść.

Nie chcąc rozpoczynać dość pesymistycznie i negatywnie, trzeba uściślić: „OK” swoim poziomem nie zachwyca, jednak póki co pozostaje najbardziej przyciągajacym i dającym największe nadzieje na przyszłość wydawnictwem muzyka. Pojawienie się tego albumu doskonale pokazuje także trudy długiej drogi, jaką Hani przebył od 2010 roku, próbując – za pomocą między innymi electroclashowych czy synthpopowych doznań – wybić się na coraz bardziej zatłoczonej scenie wszelako-elektronicznej. Wspominając już poprzednika tej płyty, czyli „A Warning You Should Scream Out”, słychać na „OK” zmianę – nieprzenikające się wtedy ścieżki wokalnej ekspresji i stylistycznych wolt nabrały pewnego ładu, a ten muzyczny misz-masz został w miarę ujarzmiony. Pod względem brzmienia czuć więc większą spójność, a utwory, przynajmniej w większości, nie zdają się niemal rozlatywać.

Mówiąc o początkach – Hani wybrał dość dziwną taktykę, umieszczając swoje najgorsze kompozycje na samym początku albumu, tak, aby trzeba było przez nie przebrnąć, aby osiągnąć upragnioną nagrodę. Pokraczne „Samizdat” to klawiszowo-wokalna radosna twórczość, będąca odrzutem sesji z przedszkolnych przedstawień dla rodziców, „Serial self-harm inflictor” okazuje się naznaczonym vocoderem, futurystycznym – bo przypominającym samotną pieśń robota – przedłużeniem nieznośnego rzężenia swojego poprzednika. Utwór „As Wanted As It Is” nie próbuje nawet skrywać się za łatką minimalistycznego – jest po prostu słabym kompozycyjnym szkicem.

Przy tak przedstawionych propozycjach trudno spodziewać się po „OK” zmiany nieznośnej tendencji, jednak tu myślenie okazuje się wyjątkowo błędne. Zmianę przynosi bowiem osaczające brzmieniem „Pivot”, które otwiera słuchaczy na nową jakość w postrzeganiu Hey Karen, i podobnie jak z retro klimatem leniwego „David Bowie”, zaczyna oddziaływać z każdym kolejnym przesłuchaniem. Prawdziwe odnalezienie się w swojej roli przychodzi jednak wraz z odniesieniami do najsłynniejszej grupy Trenta Reznora. Perkusyjne rozwinięcie „The Air We Breathe” nadaje tempa i energii, industrialny powiew czuć w nieco mroczniejszym „Are You Still Here” czy „Open Up”, które pretenduje do miana kompozycji Nine Inch Nails. Dzięki temu wreszcie zaczyna też niejako działać warstwa tekstowa, bo i sam wokal Haniego – choć wciąż na granicy fałszu – staje się przyswajalny. Wraz z tym pesymistyczne wersy, które miejscami okazywały się całkiem przystępne i ciekawe, a ze względu na swoją formę były niezauważalne, w drugiej części albumu znajdują swoje ujście.

W ogólnym rozrachunku trudno jednak powiedzieć, że „OK” porywa czy fascynuje – tym bardziej, że czasem nawet te lepsze utwory z płyty wciąż noszą w sobie jakąś skazę poprzednich nawyków Haniego. Działają tylko połowicznie, dokładnie jak w przypadku całości. I tak, chciałoby się, żeby wszystko brzmiało tu tak dobrze, jak wyważony utwór tytułowy, który kończy ten album. Aby najciekawsze stylistycznie rozwiązania zostały wzmocnione, wzbogacone, eksplorowane. Bez tego nie można oczekiwać, że Hey Karen będzie określane inaczej, niż zaledwie okay. Ale to nie powinno boleć, jeśli pomyśleć o kolejnym jakościowym skoku, jaki z dużą dozą prawdopodobieństwa odbędzie się na jego czwartym wydawnictwie. Pozostaje czekać.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...