music is ... muzyka z najlepszej strony.

Primavera Sound – dzień 2

Primavera Sound / mat. prasowe

Primavera Sound / mat. prasowe

Drugi dzień muzycznej przygody z Hiszpanią w tle rozpoczął się dla mnie od zaskakującego jak dla mnie akcentu. Wczesnym wieczorem jedną z głównych scen (tak tak, tutaj są dwa mainy) zajął bezkompromisowy Julian Casablancas, tym razem ze swoim projektem The Voidz. Zespół to zbieranina ludzi z różnych światów, którym wspólnym mianownikiem jest życiowo-artystyczna filozofia „I don’t give a…”. To hasło świetnie realizowali podczas koncertu, niestety do mnie ta poza nie przemówiła. Zwłaszcza w wykonaniu samego Casablancasa, którego najchętniej pozbyłbym się ze sceny. Zamiast zwracać na niego uwagę, najlepiej było skupić ją na zespole, który odwalił kawał genialnej roboty. Tutaj poza artystyczna nie przesłoniła wartości muzycznej, a panowie sprzedali nam kawał mięsistego punka. Całośc zakończyli efektowym wywracaniem perkusji. Interesujące, ale nadal czekam na koncert, na którym ktoś rozwali gitarę. Wtedy moje życie będzie kompletne.

Drugi dzień Primavera Sound tematycznie można określić hasłem „huśtawka nastrojów”. Po brudnym, garażowym graniu Voidzów, miejsce w moich uszach zajął Tobias Jesso Jr. i jego fortepian. Pięknie subtelne dźwięki płynące ze sceny idealnie komponowały się z ostatnimi promieniami zachodzącego słońca. Kanadyjczyk był pierwszym tego wieczoru przykładem, że kluczem do serc publiczności jest szczerość i pewien poziom ekshibicjonizmu emocjonalnego. Niestety cieniem na tym koncercie położyła się organizacja. W tej części Parc del Forum sceny usytuowane są bardzo blisko siebie, a co za tym idzie, nie da uniknąć się wzajemnego oddziaływania ich na siebie. Płynące ze sceny ATP hałasy The Replacements skutecznie uniemożliwiały zatopienie się w w balladach Jesso Jr. Sam artysta również zdawał się być niezadowolony z tej sytuacji, zmuszony do ponownego rozpoczyniania swoich kawałków dziękował też zebranej publiczności za obecność pomimo tej kakofonii. Został za to obsypany gorącymi brawami. Duży minus Primavero.

Przemierzając kolejne międzyscenowe odległości przystanąłem na chwilę przy scenie Ray-Ban, gdzie swój set grały The Julie Ruin. W skrócie, piękny przykład hałasu i wrzasków nadających się jedynie jako podkład pod wygłupy gdzieś z tyłu publiczności. Jedynie kilka słów wypowiedzianych tutaj przez wokalistkę wartych jest odnotowania: „Nie można zatrzymać punka. Spójrzcie na mnie, mam 46 lat i nadal to mam, nie przestałam po trzydziestce”. Brawo!

Głównym celem tej wędrówki był jednak kolejny z balladowych minimalistów. Na scenie Primavera pojawił się Damien Rice z gitarą. Przypominając sobie ten koncert chciałbym napisać wiele, a jednocześnie mam problem z zebraniem slów w całość. Irlandczyk potrafi zamienić najbardziej rozległe festiwalowe pole w miejsce intymne, odsłaniając swoje serce jak na dłoni. Jak nikt potrafi grać na emocjach wprowadzając nawet najbardziej rozgadaną południową publiczność w swego rodzaju trans zamyślenia i refleksji. Punktem kulminacyjnym tej fali uczuć był oczywiście „The Blower’s Duaghter”, kawałek przepiękny w nagraniu studyjnym, na żywo wprost obezwładnia słuchacza. Nie jedną łzę można było zobaczyć na policzkach zebranych. To pierwszy raz podczas tego festiwalu, kiedy można było usłyszeć ciszę tłumu. Poezja. Wszyscy krajowi promotorzy, którzy nie zabookowali Rice’a na koncert w Polsce, popełnili ogromny błąd.

Sleater-Kinney, które zaprezentowały się na scenie Heineken, są jak do tej pory jednym z większych zaskoczeń. Spodziewałem się kolejnej wielkiej reaktywacji, która odcina kupony od sztucznie nadmuchanej popularności polegającej przede wszystkim na legendzie. Tymczsem na scenie pojawiły się cztery pełnokrwiste artystki, dające młodemu pokoleniu lekcje, czym jest prawdziwy grunge. Jedna z pan jest ponoć dobrą znajomą St. Vincent. Po usłyszeniu ich na żywo teraz już wiem, kto bez wątpienia ma wpływ na twórczość Annie Clark.

Chwilę później przyszedł czas na kolejną zmianę nastroju. Tym razem przestrzeń ATP przejęli Run The Jewles. Bezkompromisowy hip-hop ze Stanów Zjednoczonych, prawdopodobnie numer 3 na świecie aktualnie. Jest to jednak danie przede wszystkim dla koneserów. Tracająca monotonią jednorodna papka basów i „bitches”. To, co robiło świetne wrażenie na płycie studyjnej, na żywo broni się umiarkowanie. Dokładnie takim samym przypadkiem chwilę później okazał się duet Death From Above 1979. Na płycie dali nam kawał potężnego rocka, na żywo, jedynie hałas i nędzny wokal. Najwidoczniej nie każdy może być Royal Blood.

W końcu przyszedł czas na największą gwiazdę tego dnia, czyli Brytyjczyków z Alt-J. Po koncercie z Open’era 2013, gdzie podbicie basu uniemożliwiało normalny odbiór muzyki a wokal zbyt często uciekał, zastanawiałem się, czy trio zrobiło progres i udźwignie pozycję co-headlingową. Wyszło…umiarkowanie, ze wskazaniem na tak. Świetna akustyka miejsca podkreśliła walory i charakterystyczne brzmienie Alt-J. Wokal jakby mocniejszy, choć nadal nie daję rady uciągnąć całego koncertu. Było nieźle, ale myślę, że to jeszcze nie czas dla nich, aby obstawiać sceny główne w najmocniejszych godzinach.

Dzień zamknąłem z Ratatat, wirtuoazami gitary elektrycznej. Trzecia w nocy wydawała się godziną średnio odpowiednią na 100% instrumentalne koncerty. Zmęczenie, znużenie i ból stóp mocno już przypominały o konieczności obrania kierunku na miękkie łóżko. To byłby błąd. Set duetu okazał się strzałem w dziesiątkę, idealny na taneczne after party, gdzie lekko transująca muzyka odcina wszystkie bolesne odczucia. Genialnym uzupełnieniem okazały się psychodeliczne wizualizacje, bansujące papugi, ryczące lwy i wszystko, co mogłoby przyjść do głowy szalonego artysty.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...