music is ... muzyka z najlepszej strony.

Primavera Sound – dzień 3

Primavera Sound / fot. Marcin Błajet

Primavera Sound / fot. Marcin Błajet

Primavera to festiwal szczególny pod względem programu. Co roku przyciąga tłumy widzów, kusząc ich gwiazdami nie do końca oczywistymi, stylistyką jednocześnie ambitną i zaskakującą. Decydując się na przyjazd do Barcelony zdecydowałem się także na pewien eksperyment, w którym oszałamiająca większość znajdujących się w programie imprezy artystów była mi totalnie nieznana. Na festiwal ruszyłem z otwartą głową i chęcią poznawania, a punktem kulminacyjnym tej muzycznej edukacji był ostatni, trzeci dzień.

Na rozgrzewkę zagrał dla nas Mac DeMarco. Sympatyczny gość w ogrodniczkach z kilkoma kumplami zagrali dla nas coś, co krytycy określają jako lo-fi. Płynąca gitara ogrzewała spragnione muzyki serca nie mniej niż promienie zachodzącego słońca. Mieszanka folka i indie poprzetykana zabawnymi rozmowami zespołu z publicznością i rozbudzającymi oczekiwania żartami. W pewnym momencie Mac zasugerował, że zaraz na scenie pojawi Anthony Kiedis z RHCP. Pomysł dość surrealistyczny, ale gdzieś zatliła się nadzieja, że będę miał po raz pierwszy szansę zobaczyć jedną z tych legendarnych, spontanicznych festiwalowych kolaboracji. Niestety, to kolejny z dowcipów zespołu.

Kiedy odwróciliśmy się w stronę sceny Primavera, powoli pojawiali się na niej członkowie zespołu Foxygen. Trudno słowami opisać to, co wydarzyło się podczas tego występu, do teraz nie jestem w stanie do końca uświadomić sobie, czego byłem świadkiem. Zdecydowanie najodpowiedniejszym określeniem dla tego zjawiska jest performance. Przez prawie godzinę po scenie miotał się człowiek przypominający Niegrzecznego Dziadka Rock’n’Rolla z filmu „To właśnie miłość”. Miał nawet swoje trzy śnieżynki. Chcąc wspomnieć o warstwie muzycznej tego wydarzenia… Wielka improwizacja połączona z wyreżyserowaną awanturą. Dziwne, intrygujące, szalone.

Po drodze na scenę adidas zahaczyliśmy o malutką, umieszczoną na uboczu H&M Pro Stage. Tam przez trzy dni prezentowali się młodzi, mniej znani wykonawcy, między innymi Polacy. Tym razem przestrzeń pełna była muzyki zespołu Millions. Krótkie doświadczenie z Australijczykami wywarło pozytywne wrażenie i pozostawiło po sobie pewną refleksję, że gdyby festiwale były nieco tylko tańsze, warto byłoby jeden poświęcić całkowicie na wędrówki po najmniejszych scenach, gdzie można wyłowić prawdziwe perełki.

Pospiesznie pognaliśmy dalej, gdzie już czekał na nas genialny Ruban Nielsen i jego Unknown Mortal Orchestra. W popisie Nowozelandczyka nie było nic przypadkowego. Był to prawdopodobnie jedyny moment, kiedy mogłem zobaczyć tak aktywną hiszpańską publiczność. Zebrany tłum chóralnie wyśpiewywał kawałki razem z zespołem, tańczył i skakał. Na samej scenie zaś działa się magia psychodelii zamknięta w hipnotyzujących falach gitary, pulsujących klawiszach i jedynym w swoim rodzaju wokalu Rubana. Był to też pierwszy raz, kiedy na żywo usłyszałem materiał z wydanej niedawno płyty „Multi-Love”. Powiedzieć „świetne”, to jakby nie powiedzieć nic, majstersztyk. UMO to bezapelacyjnie najlepszy koncert tego festiwalu.

Headlinerem ostatniego dnia imprezy byli Amerykanie z The Strokes. Nie będąc wielkim fanem zespołu, chciałem poczuć jedynie legendę i kult, jakim główny projekt Juliana Casablancasa niezaprzeczalnie się cieszy. Morze ludzi zebranych pod Primavera Stage obiecywało bardzo dobrą zabawę. Cóż… to nie pierwszy raz, kiedy opinia o kapeli była nieco na wyrost. The Strokes live są zwyczajnie nudni. Muzycznie panowie dawali czadu, szczególnie partie gitarowe grane przez Alberta Hammonda Jr. Przywodziły na myśl charakternego, garażowego rocka. Niestety znów najgorszym elementem tego obrazka był wokalista. Zblazowany i znudzony nawet nie starał się artykuować kolejnych wersów. Jedni nazwą to stylistyką, dla mnie to zwyczajnie brak szacunku dla widza. Kontakt z publicznością zminimalizowany tak bardzo, że w przerwach między piosenkami światła zatapiały scenę w kompletnej ciemności.

Ostatnia, prawie trzygodzinna prosta festiwalu to łącznie 5 koncertów na 4 scenach. Jak zwykle pełna uroku Tune-Yards, która powracając po roku do Barcelony dostosowała swój materiał do wymogów większej sceny. Stracił on nieco ze swojej oryginalności na rzecz wstawek mocniejszej elektroniki. W jeszcze bardziej elektronicznych dźwiękach porusza się Dan Deacon, człowiek, który udowodnił mi, że z dobrym oprogramowaniem komputerowym i kumplem perkusistą każdy może utorować sobie drogę na duży europejski festiwal. Komputerowa sieczka uzupełniona okropnie przetworzonym wokalem (określenie użyte z braku bardziej trafnego). Doceniany przez ludzi krytykujących DJów jak Aviciii oraz popowe gwiazdki, które korzystają z auto-tune sprawił, że zacząłem się zastanawiać czym tak naprawdę tego typu muzyk odróżnia się od komercyjnych gwiazd. Czy brak spektakularnego sukcesu finansowego czyni z człowieka artystę?

Shellac na Adidas Stage zaprezentowali bliżej nie określony wrzask, wziąć zagłuszany przez grających na sąsiedniej scenie HEALTH. Thee Oh Sees ze swoi połączeniem punka i psychodelii rozgrzewali publiczność na scenie ATP. Muzyka intrygująca i zdecydowanie zachęcająca do zgłębienia, jednak trudna w odbiorze po drugiej w nocy. Festiwal zakończyłem z zespołem Hookworms i kolejną wariacją na temat punka.

Primavera Sound to naprawdę jeden z najlepszych festiwali na świecie. W żadnym innym miejscu nie sposób znaleźć tylu fantastycznych, ciekawych iw artych odkrycia artystów. Tylko tutaj tłem dla muzyki jest widok krystalicznie skrzącego się morza. To ten festiwal jest prawdziwie miejską imprezą odbywającą się w miejscu na co dzień będący ważną częścią tkanki miasta. Niestety, nawet tak perfekcyjne miejsce nie ustrzegło się pewnych niedociągnięć. Największą jest rozstawienie scen i/lub ułożenie na nich koncertów. Nakładające się na siebie sety kilku artystów w timetable wyglądają strasznie, jednak nawet w połowie nie tak strasznie, jak nakładający się dźwięk płynący z kilku scen naraz. Drugim minusem jest publiczność. Przyzwyczajony jestem do neizwykle żywiołowych reakcji fanów i poszanowania dla artysty ze strony tej części zebranych widzów, którzy pojawiają się pod sceną z ciekawości. W Barcelonie ludzie skupieni są raczej na udzielaniu się towarzysko, głosnych rozmowach i spożywaniu trunków. Muzyka tutaj jest raczej tłem dla przyjemnie spędzonych kilku dni, a koncerty na których publiczność reaguje żywiej można zliczać na palcach jednej ręki. Zastanawiam się, czy jest to charakterystyczne dla tutejszej kultury, czy również do nas dotrze fala takich zachowań wraz z nasyceniem naszych muzycznych potrzeb.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...