Terrific Sunday błyskawicznie przedarli się do świadomości miłośników alternatywnego rocka. Zaczęli grać zaledwie dwa lata temu, po roku zaliczyli małe przetasowania w składzie, teraz z podpisanym kontraktem i nagranym materiałem przygotowują się do wydania debiutanckiej płyty. Chłopaków poznałam na samym początku ich kariery – to my byliśmy pierwszym serwisem, który napisał o tej czwórce z Poznania, tym bardziej cieszy mnie ich szybki rozwój zarówno muzyczny jak i rozwój ich kariery. Na wywiad umawialiśmy się bardzo długo, w końcu spotkaliśmy się w jednym z poznańskich hosteli, żeby spokojnie porozmawiać o tym jak wyglądała ścieżka Terrific Sunday, jak pracowało im się z Leszkiem Biolikiem i Marcinem Borsem oraz – co najważniejsze – co znajdziemy na ich debiutanckim krążku.

Jesteście bardzo młodym zespołem. Wracacie czasem myślami do momentu, w którym zaczynaliście stawiać pierwsze kroki na scenie? Jak to było?

Artur: No przecież wiesz jak. (śmiech)

Ja wiem, ale musimy założyć, że nie wszyscy nasi czytelnicy znają Was od podszewki.

Piotr: Może wymyślimy jakąś alternatywną historię? Zarezerwowałem lot do kosmosu, a Ty byłeś operatorem rakiety… (śmiech)

Maks: Spotkaliśmy Piotra jak śpiewał na stacji benzynowej i stwierdziliśmy, że to jest to! (śmiech)

Artur: Tak na serio – znalismy się już wcześniej z innych projektów. To jest stała gadka, ale tak faktycznie jest i myślę, że jeszcze będą pytania, na których w odpowiedzi będziemy mogli opowiadać jakieś niesamowite historie. Póki co, to jest nasz początek. Graliśmy kiedyś koncert – ja ze swoim zespołem i Piotrek ze swoim zespołem – tam się poznaliśmy. To była randomowa znajomość, każdy gdzieś grał i pewnego dnia nasze drogi się skrzyżowały. Polubiliśmy się i postanowiliśmy coś razem stworzyć.

Wyróżniacie w swojej historii moment, w którym nastąpił przełom i Terrific Sunday stało się rozpoznawalne? Bo już nie jesteście zwykłym zespolikiem, który gdzieś wciąż się chowa i którego nazwa nikomu nic nie mówi.

Maks: Takim przełomowym momentem była druga EP-ka.

Artur: Tak, mieliśmy to szczęście, że spodobała się ona dużej ilości osób, dzięki czemu poleciała w radiu. Pierwszy raz puścił ją Stelmach, Metz, Bisior… Wtedy zaczęły się wpisy na blogach muzycznych i stronach internetowych. Ludzie powoli zaczęli się nami interesować.

W tym składzie gracie dopiero rok, ale mieliście wątpliwości? Było tak, że zastanawialiście się w pewnym momencie czy granie w ogóle ma sens?

Artur: Ja się zastanawiałem. Miałem takie momenty, bo jak zaczęliśmy grać to Piotrek mieszkał w Londynie. Myślałem, że on nigdy nie wróci stamtąd i zwyczajnie na dłuższą metę to granie nie będzie miało sensu. On był raz na dwa, trzy miesiące w Polsce. To było takie granie na zasadzie – jak Piotrek jest to gramy, jak go nie ma to nie gramy. Patrząc na inne zespoły, które cały czas działają, a my nie, to ogarniało mnie lekkie zwiątpienie, strach, że oni się rozwijają, a my będziemy przez te przerwy stać w miejscu.

Piotrek: Ale ja cały czas obiecywałem wtedy, że jak skończę studia to wrócę i tak też zrobiłem. Widziałem, że ten zespół zapowiada się zdecydowanie bardziej obiecująco niż wszystkie inne projekty, w których uczestniczyłem. Czułem, że to jest właśnie to, co chcę robić i byłem pewien, że warto poświęcić swoje plany związane z karierą zawodową i postawić wszystko na muzykę.

Maks: Oprócz tego, bardzo za nami tęsknił. (śmiech)

W Poznaniu udaje się już Wam zapełnić kluby – w końcu nie raz byłam na waszym koncercie, gdzie między ludzi nie można było wcisnąć szpilki. Sporo osób zebrało się także pod sceną Atler Stage na Open’erze. Kiedy ruszycie w trasę klubową po Polsce?

Artur: Plan jest taki, żeby nasza płyta wyszła we wrześniu – przynajmniej wstępnie, więc pewnie jesienią ruszymy we własną trasę.

A możecie już coś zdradzić czego możemy się po niej spodziewać?

Piotr: Wydaje mi się, że będzie 50/50 jeżeli chodzi o stylistykę albumu – porównując do tego, co słychać na obu EP-kach, na płycie będzie trochę zupełnych brzmieniowych nowości, ale znalazło się też miejsce na kawałki przypominające to, co już fani znają.

Artur: Będzie zajebista po prostu. Nam się strasznie podoba i jesteśmy z niej bardzo zadowoleni. Tak naprawdę z wydanych już utworów na płytę trafił tylko jeden kawałek. Jasne, część kompozycji gramy od jakiegoś czasu na koncertach, ale myślę, że niejedną osobę uda nam się zaskoczyć – pozytywnie oczywiście.

Współpracowaliście z Leszkiem Biolikiem, potem z Marcinem Borsem – same znaczące nazwiska jeżeli chodzi o polską muzykę – jak byście tę współpracę ze sobą porównali?

Stefan: Kwestia jest taka, że to są goście, którzy mają dwa różne światy. Leszek stawia na bardzo dopieszczone kompozycje – chce, żeby nagranie to był konkret, ma jakąś wizję tego i to jest jego droga, wszystko przy tym musi być sterylne i czyściutkie. Nie jestem osobą, która potrafi Ci powiedzieć czy takie podejście jest dobre czy złe – jest ono zupełnie różne od tego, co robi Marcin. Marcin jest osobą, która przy nagrywaniu kazała nam się stroić raz na godzinę. Mówił nam, że kiedy na płycie będzie słychać, że któraś z gitar nie stroi to będzie wiadomo, że to jest żywy zespół i następuje między jego członkami jakaś reakcja. To są ewidentnie dwa różne światy i nie potrafię tego porównać.

Maks: Samo podejście do nagrywania było zupełnie inne – z Leszkiem nagrywaliśmy każdy instrument osobno, a z Marcinem na setkę.

Piotr: Marcin potrafi wywrócić wszystko do góry nogami. Śmieszna jest taka historia, że kiedy nagrywałem wokal do singla to myślałem, że potrzebuję wcześniej pielęgnować go, pić herbatę z miodem, brać vocaler… Marcin przyszedł i mówi – rzuć to wszystko, wejdź tam i zaśpiewaj to pięć razy najmocniej jak potrafisz i zedrzyj sobie gardło żebyś nie był w stanie mówić. I tak było – w pewnym momencie podczas śpiewania nie potrafiłem z siebie wydobyć żadnego dźwięku na wyższych tonach, a Marcin wtedy powiedział – „Super, tak ma być”. Kompletnie nie wiedziałem o co chodzi – dotarło to do mnie w momencie kiedy wysłał nam miks w którym połączył w fajny sposób wokal ze zdartym gardłem z tym jeszcze czystym. Także to jest podejście bardzo eksperymentalne, które co najważniejsze – dało świetne efekty.

Terrific Sunday

Jeżeli jesteśmy przy nagrywaniu – poprzednie EP-ki nagrywaliście chałupniczo, prawda? A teraz pierwszy raz zetknęliście się z profesjonalnym studiem nagraniowym – jakie macie wrażenia z tego pobytu w studiu?

Maks: Stół do bilarda…

Artur: Siłownia…

Stefan: Flippery…

Czyli rozrywka, a nie praca? (śmiech)

Stefan: Już zupełnie poważnie – tak naprawdę zajebiste było to, że mieliśmy możliwość nagrywania w takim a nie innym studiu – Custom 34 – które naprawdę robi potężne wrażenie. Wiesz, wydaje Ci się w momencie w którym wchodzisz do tego pomieszczenia, które jest na pięć, albo siedem metrów wysokie, że trafiłaś do innego świata. Wchodzisz do reżyserki, która mimo mojej niewielkiej wiedzy dotyczącej tych wszystkich gratów, które tam stały sprawia, że ciężko jest powstrzymać opad szczęki. To robi kolosalne wrażenie. Po czym idziesz do części mieszkalnej i ona również robi na tobie ogromne wrażenie – jest wszystko co potrzebujesz, a nawet więcej – kuchnia, łazienka, stół do bilarda, itd. Jak wspominam ten czas to mam wrażenie, że dzięki tej całej otoczce nie traktowałem tego jak odbębnienie roboty, bo trzeba wszystko nagrać, powtórzyć to ósmy czy dziewiąty raz, bo tu Ci nagle Marcin z Damianem (Pielką – przyp. red.) podpowiadają jak coś jeszcze zmienić. Mam wrażenie, że w momencie przekroczenia progu tego studia dostałem się do zupełnie innej czasoprzestrzeni. Czułem się tam tak swobodnie, że siedzenie na kanapie po moment chwycenia za instrument i grania non-stop przez 4 godziny – niczym się od siebie nie różniły. Dla mnie był to jeden wielki relaks.

Maks: Marcin też stworzył dla nas mega atmosferę. Czuliśmy się bardzo swobodnie, w momencie kiedy coś się nie udawało podchodził do tego na luzie, mówił „Spokojnie, spróbujemy jeszcze raz”.

Myślicie, że traktował Was trochę ulgowo z racji tego, że jesteście gdzieś na początku kariery?

Stefan: Nie, Marcin to jest po prostu luzak – to nie jest chłop, który jak przyjdzie do niego zespół z 30-letnim stażem to będzie ich sztukował i strofował, żeby grali inaczej, lepiej, bo on wie, że potrafią. Myślę, że ma on ciągle taki sam luz i takie samo podejście do każdego z kim przychodzi mu pracować. Sam przyznał, że się bardzo cieszy, że nagrywa płytę z młodym zespołem, bo jak trafiają do niego zespoły z potężnym stażem i dziesiątą płytę do nagrania to nie jest w stanie wykrzesać z tych ludzi czegoś nowego, świeżego, czegoś specjalnego. Z młodymi jest łatwiej, bo wystarczy ich zaintrygować, a Ci ludzie będą chcieli kombinować i szukać nowych rozwiązań.

Opowiecie coś o Waszym wyjeździe do Barcelony? Nagrywaliście tam teledysk do kawałka „Bombs Away”.

Artur: Każdemu może się wydawać, że to takie super, wiesz na zasadzie – „O kurde, oni pojechali nagrywać do Barcelony, wow”. Coś na zasadzie lansu…

No wiesz, to trochę tak wygląda.

Artur: Bardzo dobrze, że tak to wygląda. Niech pozjadają wszyscy zęby z zazdrości. (śmiech) Ale tak serio – nie było wcale tak lekko i przyjemnie jakby mogło się wydawać. Codziennie wstawaliśmy o 5:30 żeby zdążyć na wschodzące słońce, potem metrem i z buta robiliśmy dziesiątki kilometrów dziennie łapiąc po drodze różne lokalizacje, wracaliśmy wieczorami kiedy już było ciemno i tak przez cały tydzień. Barcelona Barceloną, ale w tym wyjeździe chodziło głównie o złapanie słonecznej pogody i nagranie wszystkiego w ciekawych lokalizacjach, których nie znajdziesz w Polsce. Nie chodzi o to, że miało to funkcjonować na zasadzie lansu – zresztą po samym teledysku nie jesteś w stanie bez tej wiedzy gdzie to było kręcone, zorientować się, że akcja dzieje się w Barcelonie. Bardziej chodziło o uchwycenie murali, street artu, graffiti, których w Barcelonie jest na pęczki. Plus oczywiście wspomniane wcześniej słońce oraz temperatura dzięki czemu nie gramy w teledysku w czapkach, szalikach i rękawiczkach.

Piotr: Po kręceniu w Barcelonie mam też inne spostrzeżenie. Często słyszeliśmy od innych zespołów narzekania, że mają kolejny dzień kręcenia i już nie dają rady. Wtedy myśleliśmy sobie o czym w ogóle oni mówią, w jaki sposób to może być męczące? Przecież to żadna tam praca tylko fajna zabawa. Teraz wiemy, że jednak po trzecim dniu kręcenia byliśmy tak styrani, że błagałem wręcz, żeby na jeden dzień zamiast wracać na plan iść do pracy, gdzie posługuję się wiertarką i szlifierką. Z efektu jednak jesteśmy bardzo zadowoleni i wiemy, że było warto.

W tym składzie gracie od roku, nie boicie się, że to wszystko wokół Was dzieje się bardzo szybko? Że w pewnym momecie albo odbije Wam sodówka do głowy, albo wręcz przeciwnie – będziecie zespołem jednego sezonu? Ludzie raz posłuchają i zapomną?

Piotr: Dla mnie to o czym mówisz to jest największy koszmar. Postawiłem wszystko na jedną kartę i ten zespół jest wszystkim co mam teraz. Zespół jednego sezonu to zdecydowanie nie jest to, w co ja celuję. Dla nas ten moment, w którym się teraz znajdujemy, to powinien być początek. To od teraz powinniśmy zacząć jeszcze większą pracę niż dotychczas.

Artur: Też tak naprawdę to, że my gramy w tym składzie od roku, a sam zespół istnieje dwa lata to absolutnie nie zamyka naszej muzycznej przeszłości. Każdy z nas gra już od pięciu, niektórzy od ośmiu lat i ta cała świadomość – w końcu mamy dużo doświadczonych w tej branży znajomych, którzy dzieląc się z nami doświadczeniem potrafią nas, czasem zupełnie nieświadomie pokierować i uchronić przed popełnieniem niektórych błędów. A sodówka strzela jak ma się sto baniek na koncie i zakaz wstępu do Kanady jak Justin Bieber – to jest sodówka. (śmiech)

Piotr: Póki co, po koncercie uwielbiamy się bratać z naszymi fanami, więc sodówki jeszcze nie ma. (śmiech)

A przychodzą do Was ludzie sami z siebie pogadać i podzielić się wrażeniami?

Piotr: Tak i to jest wspaniałe uczucie dla mnie, żeby może nawet nie mówić o tym jak było, ale skąd ktoś nas zna i jakie ma oczekiwania.

Artur: Podchodzą zwłaszcza po takich koncertach, gdzie nie gramy przed swoją publicznością. Tych najodważniejszych po koncertach jest dużo, a jeszcze więcej osób w internecie się odzywa i zawsze są to bardzo miłe słowa. Najlepiej z ostatnio zagranych wydarzeń wspominam koncert w Palladium przed Arturem Rojkiem.

Stefan: Świetna sytuacja się z tym wiąże. Po koncercie zeszliśmy do garderoby i Artur mówi, że musimy iść do tych ludzi, bo super byłoby pogadać. Wyszedł więc jako pierwszy, podchodzi do niego jakaś dziewczyna i mówi „Pięknie śpiewasz” (Artur jest perkusistą – przyp. red.) To jest też dobra odpowiedź do poprzedniego pytania czy nam sodówka odbija – sama rozumiesz… (śmiech)

Obserwujecie inne młode zespoły, które są w tym samym momencie kariery? Macie swoich ulubieńców?

Maks: U mnie ostatnio często gości zespół Hoszpital.

Stefan: Eric Shoves Them In His Pockets – w każdym wywiadzie uparcie to powtarzam.

Artur: Ja śledzę poczynania choćby Young Stadium Club. Ale tak naprawdę śledzimy poczynania zespołów które są przed nami, za nami i dokładnie obok. Musimy się orientować co się dzieje, zwłaszcza na lokalnej scenie.

Piotr: Często też się spotykamy z tymi ludźmi podczas koncertów, czy widzimy się z nimi na ich koncertach, mamy znajomych wśród tych zespołów, więc siłą rzeczy nie unikniemy tego.

To jeszcze raz na koniec – kiedy płyta?

Artur: Nie mamy jeszcze stuprocentowej pewności – tak jak wspominałem, będzie to najprawdopodobniej wrzesień, bo taki jest zamiar, ale dla bezpieczeństwa powiem – jesień 2015.

Nie ma więcej wpisów