music is ... muzyka z najlepszej strony.

okładka

Magnificent Muttley "Rear Window"

data premiery: 2015-05-06
wydawnictwo: własne

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 11 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Po wydaniu debiutanckiej płyty do chłopaków z Magnificent Muttley można było mieć tylko jeden zarzut – dlaczego nie czuć na niej energii, którą zespół generuje na żywo? Przeniesienie na kawałek plastiku emocji i tego szczególnego rodzaju interakcji, jakie wytwarzają się pomiędzy panami podczas koncertu to niemała sztuka. W końcu to właśnie podczas występów Muttleye uwalniali wszystkie drzemiące w swoich głowach oraz ciałach demony i zmiatali publiczność z siłą huraganu. Dlatego właśnie, mimo że płytowy debiut tej warszawskiej trójki był naprawdę zacny, to na koncertach, a nie na płycie skupiały się oczy fanów i krytyków.

Pierwszy album pokazał jednak, że wśród wciąż rosnącego popytu na elektronikę, na scenie jest jeszcze miejsce na prawdziwie rockowe granie. Jednocześnie sam zespół postawił sobie poprzeczkę wysoko, a nawet bardzo wysoko, bo nie często zdarza się tak dojrzały i przemyślany debiut. Na drugi krążek przyszło nam chwilę poczekać. W międzyczasie dostaliśmy przekąskę w postaci EP-ki „Little Giant”, która nie mogła nasycić na długo, bo nowości było na niej niewiele. Za to trzy kawałki z debiutu przedstawione w wersjach live dostały kopa, którego brakowało im te parę miesięcy wcześniej. Kampania crowdfundingowa jednoznacznie pokazała, że fani są już żądni nowości.

„Rear Window” stawia sprawę jasno – zapomnijcie o wszystkich porównaniach do Red Hot Chili Peppers, Led Zeppelin czy Hendrixa. Magnificent Muttley obrali już swoją ścieżkę i brzmienie, w którym choć co prawda inspiracji rockowymi tuzami nadal można się doszukiwać, jest to już jednak ewidentnie ich brzmienie, które pachnie świeżością, energią i pieprzem. Od pierwszego utworu chłopaki stawiają kawę na ławę – cholernie mocną kawę.

Nowe kompozycje, mimo iż utrzymane w charakterystycznym dla grupy rockowym, ale melodyjnym brzmieniu, zaskakują nagłymi zmianami tempa, żywiołowością i tym, czego zabrakło na debiucie – koncertowym powerem. Weźmy choćby „Why Bother”, „Hoax” czy „Donnie”, które są prawdziwymi energetycznymi petardami, a zarówno na płycie jak i na żywo mają dokładnie tyle samo mocy. To ewidentny powrót do korzeni. Królują także cięższe riffy, potężne bębny i wyraźna, perfekcyjnie wypełniająca całość linia basu. Zaś głos Krzyśka Pożarowskiego wydaje się być wręcz stworzony do takiego soczystego towarzystwa, tym bardziej, że nie ogranicza się do przyjemnego mruczenia – jest krzyk, jest zdarte gardło. Tak ostro u Magnificent Muttley jeszcze nie było. W tym wszystkim nie zabrakło miejsca dla melodii, które wypełniają umiejętnie każdą kompozycję, oraz spokojniejszych kawałków równoważących album i dających chwilę oddechu.

Krążek „Rear Window” jest jak film, od którego jego nazwa się wzięła. Hitchcock w swoim dziele bardzo subtelnie buduje atmosferę, że nie wiedzieć kiedy zatapiasz się w opowiadanej przez niego historii po same uszy. Podobnie jest tutaj – odpalasz album i nagle zdajesz sobie sprawę, że płyta powtarza się n-ty raz, a ty wciąż słuchasz i ciągle natrafiasz na coraz to nowe smaczki. Panowie się rozwijają, słychać to w każdym kawałku, wśród których, mówiąc szczerze, nie znajdziecie hitów. Refreny nie wpadają momentalnie do ucha, melodie nie męczą cię dniami i nocami. Ta płyta ma zupełnie inny rodzaj magnetyzmu i brzmi, jakby przy instrumentach usiadła trójka starych rockowych wyjadaczy z dwudziestoma krążkami na koncie, a nie trzech zaledwie dwudziestoparolatków, o których istnieniu ludzie usłyszeli kilka lat temu. Syndrom drugiej płyty tych chłopaków nie dotyczy, spełnili pokładane w nich nadzieje. Oby tak dalej.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...