music is ... muzyka z najlepszej strony.

Drones.muse

Muse Drones

data wydania: 2015-06-08
wydawnictwo: Warner Music

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 33 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Mówią, że ten zespół się kocha albo go nienawidzi. Muse swego czasu tworzyli rzeczy niemalże wybitne. Wystarczy przywołać choćby albumy takie jak „Origin of Symmetry” czy „Absolution”. Później do głosu dorwało się megalomańskie ego Matta Bellamy’ego i jego zapędy do szalonego eksperymentowania, gdzie na jednej płycie upychano wszystko to, co akurat przyszło mu do głowy – rock razem z muzyką klasyczną, pompatyczne kompozycje nawiązujące brzmieniem do grupy Queen, elektronikę, dubstep czy pop. Czasem wychodziło lepiej, czasem gorzej. Fani otrzymywali eklektyczne, czasami mało spójne brzmieniowo albumy, na których niemal zawsze znajdowały się jednak jakieś perełeczki. Kiedy świat obiegła informacja o siódmym krażku, panowie w wywiadach dużo obiecywali – miał być powrót do korzeni, ich najlepsze wystąpienie w karierze…

Chyba zbyt wiele sobie obiecywałam po kolejnych informacjach od muzyków, gdzie padały porównania do poprzednich krążków Muse, akurat tych, które cenię sobie najbardziej. Już początek „Drones” nie zwiastuje niczego wybitnego – „Dead Inside” brzmi jak nieco lepsza kopia „Madness” z poprzedniego krążka, który (co stwierdzam dopiero po czasie) jest najsłabszym dotychczas dokonaniem trio z Devon. Dalej na szczęście skojarzeń z „The 2nd Law” już brak. Trzeba panom oddać to, że faktycznie ponownie króluje tu gitara, bas i perkusja, a romansów z elektroniką jest bardzo mało, jednak wiele z kompozycji mimo wszystko jest nieco przekombinowanych.

Choć może przekombinowanie to nie jest najlepsze słowo. To kawałki, w których wszystko się zgadza… ale tylko do pewnego momentu. Choćby cudownie klimatyczny „Aftermath” – melancholijny, nieco floydowski, w którym cały czar pryska niczym bańka mydlana kiedy pojawia się refren. Początek „The Globalist”, podobno najważniejszego punktu albumu, szumnie zapowiadanego jako sequel „Citizen Erased”, brzmi jakby utwór wyjęto z soundtracku filmu Quentina Tarantino „Kill Bill”, a wspomnianemu „Citizen Erased” nie sięga nawet do pięt. Kompozycję ratuje jedynie potężny riff ulokowany gdzieś w środku. Prócz tego jest jeszcze zupełnie niepasujący do niczego „Revolt”, którym pochwalić mógłby się każdy średniawy popowy zespół chcący na siłę dopisać sobie do CV łatkę „rock”, czy kościelny, zamykający album utwór tytułowy – największy koszmarek całości.

Mimo tego „Drones” wydaje się być albumem bardziej udanym od dwóch poprzednich. Są tu utwory, które zasługują na uwagę i są dowodem na to, że Muse ma jeszcze sporo do powiedzenia – jest „Psycho” przypominający stare Muse (w końcu oparte na riffie granym przez zespół jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku), lekki i przyjemny „Mercy”, queenowy „Defector”, „Reapers” z fenomenalnym solo i przyprawiającą o ciarki wykrzyczaną przez Chrisa końcówką okraszoną dźwiękami syren czy absolutny numer jeden – „The Handler”, kompozycja pokazująca wszystko to, co w Muse najlepsze – świetne riffy, wyraźną linię basu oraz fenomenalny falset Bellamy’ego kojarzący się z erą „Origin of Symmetry”.

Za to sam koncept albumu jest niezwykle wciągający, nie od dziś w końcu wiadomo o miłości Bellamy’ego do teorii spiskowych. Ponownie szukając inspiracji Matt sięga po literaturę, tym razem padło m.in na książkę „Predators: The CIA’s Drone War on Al Qaeda”. Główną postacią „Drones” jest człowiek zniszczony przez system, ludzki dron, który bez mrugnięcia okiem jest w stanie zabić. Przechodzimy z nim całą ścieżkę jego przemiany – od prania mózgu do ucieczki od oprawców. Może idee, które chciał przekazać Bellamy są momentami zbyt nachalne i dosłowne, jednak cała warstwa liryczna krążka zlepia chwilami brzmieniowo niedopasowane kawałki w jedną opowieść.

Jak wspomniałam na początku – Muse albo się kocha albo nienawidzi. Ja należę do tych pierwszych, ale wyrosłam już z czasów kiedy kupowałam ich każdy kolejny eksperyment z radością małego dziecka, które właśnie dostało nową zabawkę. „Drones” ma sporo słabych momentów i pojawiają się na nim kompozycje, które mogłyby nigdy nie ujrzeć światła dziennego, jednak jest też kilka klejnotów, na które warto było czekać i to właśnie one ratują cały album. Mniej romansów z elektroniką również wychodzi panom na zdrowie. Widać tu zresztą jedną i chyba najważniejszą rzecz – im mniej kombinowania, tym lepiej. Plus jest taki, że krążek z pewnością sprawdzi się koncertowo, bo mocne gitarowe kawałki to jest to, w czym Muse jest do twarzy. Ale najlepsza płyta w karierze? Wybacz Bellamy, najlepszą płytę nagraliście czternaście lat temu. Poza kilkoma wpadkami dostaliśmy jednak album ambitny i ciekawy koncepcyjnie, a jednocześnie pozostawiający swoisty niedosyt. Jakie będzie więc kolejne słowo Muse?

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...