music is ... muzyka z najlepszej strony.

Live Session

So Flow Live Session EP

data wydania: 2015-03-14
wydawnictwo: własne

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 6 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Przewrotnie zaczynają So Flow, opatrując swoje w pełni debiutanckie dzieło w nazwę „Live Session”. Sama opowieść jaka się za tym kryje jest prosta – cztery utwory są zapisem sesji na żywo nagranej w Prusiewicz Sound Studio, a wszystko to zarejestrowano „na setkę”. O ile jednak takie podejście przy zespołach z dorobkiem na koncie dziwić nie powinno, tak cały zabieg stworzony przez krakowską grupę może nieco zaskakiwać.

Oldskulowy vibe, którym ekscytuje się zespół, być może i jest tu w paru momentach wyczuwalny (winylowa chropowatość), jednak w wypadku tego wydawnictwa nie staje się to punktem zaczepienia, który nagrania miałby wyróżnić z tłumu. Inaczej jest z samą sprawą umiejętności poszczególnych muzyków i sprawności, z jaką utwory na tym wydawnictwie działają. Nie ma tu wielkiej wirtuozerii, jednak nie da się ukryć, że poszczególne pozycje potrafią przykuć uwagę. Sam sposób nagrywania także robi tu swoje, bo dzięki temu jesteśmy w stanie rozpoznać każdy dźwięk, jaki wyszedł spod rąk grupy.

Zgrabność z jaką rozpoczyna się ten album nastraja bardzo pozytywnie. W ostatnim czasie brakuje chyba tak granego R’n'B, dość nienachalnie podawanych czarnych rytmów, które nie wbijają się w parkietową manierę. Z drugiej strony może to tylko kwestia przebicia się i wykorzystania melodyjnego potencjału – w końcu samo „Boob Boom” jest tak przejrzyście skonsturowane, że spokojnie można z niego zrobić porywającą wersję klubową. Nieco inaczej wypada polskojęzyczne „Limbo”, które dzięki tej nagłej zmianie, nie jest w stanie wpasować się charakter cechujący inne zawarte tu utwory. Od reszty odstaje tym bardziej, jeśli dodamy do tego pewne odniesienia co do wokalnej maniery bliskiej Ani Dąbrąwskiej.

O ile jednak dwa pierwsze numery nie dają wglądu w zasób pomysłów So Flow, tak druga część „Live Session” zdecydowanie je pokazuje. „Origin” częstuje instrumentalnym powiewiem, chwilą oddechu i możliwością pokazania się przez każdego z członków zespołu osobno. Nie jest to jednak licytowanie się na dźwięki, a ciekawie skrojony pokaz umiejętności. Przed szereg wychodzi trąbka, która od połowy utworu zgrabnie prowadzi resztę instumentów, ukazując prawdziwie jazzową stronę krakowiaków. Co jednak najciekawsze – nie czuć tu długości kompozycji, która trwając całe pięć minut, przemija niemalże niespostrzeżenie, a my sami próbujemy ocenić czy tak właściwie uchwyciliśmy moment jej rozpoczęcia się, nim całkowicie nas pochłonęła.

Mówiąc jednak o całkowitym przenikaniu się muzyk i głosu, najciekawiej wybrzmiewa utwór „River”, który jest rozwinięciem arażnżacyjnego ułożenia „Originu”, tym razem z pięknym dodatkiem głosu Karoliny Teernstra, która jak w żadnym z poprzednich dwóch numerów nie wybrzmiewa tak natualnie wśród tego muzycznego otoczenia. Tym bardziej należy na nią zwrócić uwagę, że swojego czarnego wokalu używa dość umiejętnie, nie próbująć przesadzać w którąś ze stron, nie próbując wejść się w nie swoją skórę. To właśnie też w ostatnim numerze można pochwycić jakiś emocjonalny magnetyzm, którego brakowało do tej pory. Taki obrót sprawy być może jest winą warunków, tak niecodziennie obranej ścieżki. Bo choć dość krótka zawartość „Live Session” rozbudza apetyt, to – co paradoksalne – nie jest w stanie złapać na tyle, aby o tych nagraniach myśleć dłużej niż podczas czasu ich trwania. So Flow należy jednak bacznie obserwować i czekać na więcej.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...