music is ... muzyka z najlepszej strony.

Orange Warsaw Festival 2015 – dzień 1

Orange Warsaw Festival 2015 / fot. Karolina Lewandowska

Orange Warsaw Festival 2015 / fot. Karolina Lewandowska

Nie ma co ukrywać, tegoroczna edycja Orange Warsaw Festival została poprzedzona pasmem dziwnych sytuacji rzucających się cieniem na całą imprezę. Głównie dlatego na Służewiec kierowałem się z pewną obawą, jak organizatorzy wybrną z tego dość trudnego położenia. Nie chcę jeszcze oceniać i podsumowywać całego festiwalu, ale już po pierwszym dniu z całą odpowiedzialnością za moje słowa mogę stwierdzić, że końcowa ocena może być zaskakująco pozytywna. Zdaję sobie sprawę z tego, że to raczej niepopularna opinia, może nawet kontrowersyjna patrząc na nią przez pryzma hejtu przetaczającego się przez sieć. Tylko…w festiwalach najważniejsza jest przecież muzyka, a ta minionego wieczoru nie zawiodła.

Na początek ogromne wyrazy uznania dla organizatorów za poważne traktowanie głosów krytyki ze strony publiczności. Zarówno tej w postaci internetowych komentarzy jak i wyników obszernej ankiety telefonicznej, jaka została przeprowadzona po edycji 2014. Orange Warsaw w nowym miejscu stał się w końcu festiwalem z prawdziwego zdarzenia, takim, do jakich jesteśmy przyzwyczajeni i jakie kochamy najbardziej. Duża scena plenerowa, zielona trawka wprost stworzona do odpoczynku w promieniach popołudniowego słońca i największe zaskoczenie, możliwość wchodzenia z napojami, również tymi procentowymi, pod scenę. Trochę za tym tęskniliśmy.

Muzycznie piątek był mocno zróżnicowany. Popołudnie zaczęliśmy od Meli Koteluk, która w namiocie Warsaw Stage zgromadzonej publiczności przedstawiała ostatnią płytę „Migracje”. Jak zwykle czarowała głosem, a w samej postawie artystki widać zmianę. To nadal ta sama, skromna Mela, jednak teraz świadoma swojej pozycji na rynku i mocy oddziaływania. Stała się gwiazdą ze wszystkimi tego pozytywnymi następstwami.

Chwilę później na głównej scenie pojawili się uwielbiani przez Polaków oraz równie mocno uwielbiający Polskę Crystal Fighters. O genialnie energetycznych koncertach tej grupy napisano już chyba wszystko i po tym występie można to jedynie powtórzyć. Pomimo jeszcze prażącego słońca, Londyńczycy porwali do dzikiej zabawy stosunkowo spory tłum zebrany pod sceną. Trudno było znaleźć siedzących, trudno było znaleźć nieśpiewających. Ekipa zaprezentowała przekrojowy materiał swoich największych hitów. Było to moje czwarte podejście do Crystal Fighters w wersji live i zdecydowanie najlepsze.

Po dzikim hasaniu przy electro-folkowych dźwiękach przyszedł czas na odrobinę relaksu wraz z Hey. Zespół dowodzony przez Kasię Nosowską jest wręcz nieprzyzwoicie bezbłędny. W mgnieniu oka zjednuje sobie publiczność genialnym głosem oraz urokiem wokalistki. Zespół instytucja i gwarancja na dobrą zabawę.

Szybka ewakuacja na Warsaw Stage, gdyż tam już za chwilę swój koncert miał zacząć zespół mojego przełomu gimnazjum i liceum, soundtrack niejednego młodzieńczego buntu. Three Days Grace, a raczej z powodu wielu zmian w składzie, zespół, który gra piosenki Kanadyjczyków dał niezły koncert. Poprawnie zagrane i odśpiewane hymny smutku, wściekłości i złamanych serc zyskały na mocy ze wsparciem gardeł publiczności. Powrót do czasów, kiedy Three Days Grace często gościli w moich głośnikach zakończony sukcesem, ale też pewną konsternacją z cyklu „ja naprawdę tego kiedyś słuchałem?”

W końcu przyszedł czas na pierwszego headlinera. Noel Gallagher’s High Flying Birds pojawili się na scenie punktualnie i od razu uderzyli potężną falą brytyjskiego grania. Zaskakująco mało liczebna publiczność zebrana pod Orange Stage ze dwojoną siłą zdzierała gardła przy kolejnych wersach piosenek, skakała do upadłego jakby chciała zrekompensować genialnemu Noelowi niewielkie zainteresowanie festiwalem. Smaku całemu obrazkowi dodawał ulewny deszcz, w pewnym sensie wzmagający wszystkie emocje, jakie były nam przekazywane. Setlista oprócz solowych dokonań Gallaghera zawierała również kawałki Oasis, grupy która dała mu sławę. Wszystko zagrane bardzo dobrze, poprawnie. Jedynie można mieć niewielkie zarzuty to braku interakcji z publicznością, jednak dla śledzących poczynania artysty nie było to zaskoczeniem. Nie jest on raczej rozgadanym człowiekiem.

Krótka wizyta na Papa Roach była raczej podyktowana chęcią osuszenia się pod dachem niż zasłuchiwaniem się w muzykę zespołu. Panowie niby dawali z siebie wszystko, jednak tylne rzędy raczej nie zostały porwane. Deszcz niestety przekreślił także mój udział w koncercie drugiego headlinera tego dnia, czyli The Chemical Brothers. Brak jakiejkolwiek suchej części garderoby sprawił, że zamiast rozwijania grypy pod Orange Stage, wybrałem gorącą herbatę. Te kilka kawałków, które udało mi się usłyszeć wypływając w potoku ludzi z festiwalowego pola pozwalają mi sądzić, że brak jednego Chemicznego Brata w żaden sposób nie obił się na jakości koncertu. Wszyscy, którzy pomimo spływającej na głowy ściany wody zdecydowali się pozostać pod sceną zostali wynagrodzeni półtora godzinną ścianą najlepszej elektroniki. Opinie, które napływały do mnie od tych odważnych potwierdzają moje przypuszczenia.

Niespodziewaną gwiazdą i największym antybohaterem pierwszego dnia Orange Warsaw Festival był deszcz. Dziś kontynuujemy warszawskie święto muzyki już z płaszczem przeciwdeszczowym w kieszeni, tak na wszelki wypadek.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...