Gdzieś w otchłani Internetu znalazłem opinię, że sobota na Orange Warsaw to najsłabszy dzień festiwalowy w kraju czy nawet w Europie. Nie sposób się nie zgodzić z tą opinią. Brak prawdziwego headlinera z pewnym potencjałem przyciągania nie pomógł. Tym bardziej zaskakujaca była frekwencja większa niż w dniu poprzednim. Dla mnie sobota należała do wyjątkowych kobiecych wokali.

Paloma Faith miała w Polsce pojawić się przy okazji Pozytywnych Wibracji 2014. Wszyscy chyba pamiętamy wielką klapę tamtej imprezy, która pozostawiła rzeszę niezadowolonych fanów. Sytuację świetnie wyczuli organizatorzy OWF, którzy postanowili zaprosić Brytyjkę na swoją scenę. Co prawda musieliśmy czekać aż rok na kolejną szansę spotkania z jej muzyką na żywo, ale wyostrzony apetyt zdecydowanie wzmocnił odbiór. Koncert Faith to potężny ładunek ultra pozytywnej energii. Wydaje się aż nierealne, jak tak świetny soulowy głos o zachwycającej sile uderzenia mieści się w tak małej i uroczej kobiecie. Każdy dźwięk, który z siebie wydała był nieskazitelnie czysty i o ile to możliwe, brzmiał jeszcze lepiej, niż w wersji studyjnej. Dobry odbiór koncertu to także zasługa zespołu, który Paloma przywiozła ze sobą. Przywodził nieco na myśl retro bandy i świetnie oddawał nastrój z jakim kojarzy się muzyka artystki. Na szczególne słowa uznania zasługuje jedna z chórzystek, która na scenie pojawiła się w zaawansowanej ciąży, a mimo to zachwycała zarówno pięknym śpiewem jak i energetycznym tańcem.

Drugą cudowną kobietą tego dnia była FKA twigs. Było to moje drugie zetknięcie z jej muzyką w wersji live. Byłem na październikowym koncercie w Basenie, który zrobił na mnie umiarkowanie dobre wrażenie, głównie z powodu niedociągnięć wokalnych. Trzeba przyznać, że Tahliah zrobiły ogromny postęp od tego czasu. Śpiewa dużo czyściej, mocniej i co najważniejsze, z mniejszą ilością wsparcia półplaybacku. Brawo. Natomiast sam koncert wizualnie hipnotyzował wszystkich zebranych na Warsaw Stage. Przepiękna, seksowna kobieta uwodziła nas sensualnym tańcem, nie pozostawiając nikogo obojętnym na jej wdzięki. Twigs na scenie to swoiste misterium w przygaszonym świetle. Niestety nie ma w nim miejsca na dużą interakcję z publicznością. Jednak, kiedy już artystka się do nas odezwała, była bez wątpienia zachwycona i onieśmielona gorącym przyjęciem. Powiedziała, że wróci, miejmy nadzieję, że już z nowym materiałem.

Ostatnim pozytywnym akcentem dnia był Baasch, który po północy prezentował swój debiut. Idealna pora dla tego nieco mrocznego materiału. Niestety pozostałe koncerty, na których pojawiłem się w sobotę budziły raczej mieszane uczucia. Kilkanaście minut spędzonych z Big Sean’em było zwyczajnie nudnych i bez wyrazu. Najmocniejszym momentem był kawałek nagrany wspólnie z Calvinem Harrisem. Sprowokowało mnie to do zaskakującej nawet dla mnie konkluzji, że zdecydowanie lepiej na tej scenie sprawdziłby się Szkot z setem dj’skim niż mierne hip-hopowe popisy Amerykanina.

Za konsolą stanął kilka godzin później ponoć-headliner tego dnia, czyli Mark Ronson. Trudno oceniać to w kategorii koncertu. Z całym szacunkiem za ludzi tworzących elektronikę, ale nikt nie wmówi, że facet z komputerem puszczający muzykę ze Spotify to koncert. Traktując to jednak jako imprezę w klubie pod chmurką, trzeba Ronsonowi oddać szacunek za rozkręcenie bardzo gorącej imprezy, której w tym miejscu się nie spodziewałem. Sam muzyk również był zaskoczony takim przyjęciem. Największym dla mnie zgrzytem tej całości był fakt zupełnego pominięcia ostatniej płyty „Uptown Special”. Oczywiście w secie pojawił się niemiłosiernie wyeksploatowany „Uptown Funk”, jednak na tym koniec. Gdzie Mystikal? Gdzie wszystkie genialne kawałki z Kevinem Parkerem? No cóż, DJ set rządzi się swoimi prawami. Mam nadzieję, że Ronson wróci do nas z live bandem. Dla organizatorów wszystkich festiwali mała wskazówka, której Orange Warsaw nie wykorzystało. Koleś z komputerem nie jest godny miana headlinera. Wydawało mi się, że ustaliliśmy to już rok temu po „koncercie” Guetty…

Nie ma więcej wpisów