music is ... muzyka z najlepszej strony.

Orange Warsaw Festival 2015 – dzień 3

Muse / fot. Karolina Lewandowska

Muse / fot. Karolina Lewandowska

Ósma edycja Orange Warsaw Festival dobiegła końca. Impreza jak zawsze sporo różniła się od wcześniejszych odsłon, organizatorzy zdaje się stale szukają najbardziej optymalnej i atrakcyjnej formuły. W tym roku najbardziej zbliżyła do klasycznej formy, którą znamy i kochamy i trzeba przyznać, ze wyszło to całkiem nieźle. Stosunkowo niewielki, ale przestrzenny teren rozplanowano w taki sposób, żeby podróż między scenami nie zajmowała więcej niż dwie-trzy minuty. Podczas tej podróży można było przystanąć przy food-truckach z najróżniejszymi dobrymi rzeczami. Jedyny mankament, jaki się pojawił dotyczył ostatniego dnia, który z powodu najmocniejszego line-upu przyciągnął ogromną rzeszę fanów zgłodniałych muzyki. Długie kolejki pojawiły się praktycznie wszędzie, opuszczenie terenu zaś wymagało cierpliwości i „pingwiniego kroku”. Mała wskazówka dla organizatorów, jeśli impreza ma przyciągać coraz więcej ludzi, konieczne będzie powiększenie wydzielonego terenu.

Muzycznie niedziela w Warszawie była prawdopodobnie najbardziej gitarowa w całym programie Orange Warsaw. Był to też dzień, który potwierdzał dość dużą ostrożność, jaką organizatorzy kierowali się budując line-up. Największe gwiazdy tego wieczoru to bezpieczne strzały, kapele obdarzane w Polsce ogromną miłością lub nawet czcią. Metronomy powracający już z trzecim koncertem promującym ich ostatni album „Love Letters”. Zagrali koncert tradycyjnie bardzo energetyczny, zachęcający do tańca, wywołujący uśmiechy na twarzach, jednak coś tutaj nie zadziałało. Wydaje się, że na odbiór muzyki kwartetu duży wpływ ma też otoczenie, a jej brzmienie najlepiej sprawdza się na zaciemnionych, zamkniętych przestrzeniach.

Kolejnym komercyjnym pewniakiem, który pojawił się na Orange Stage był brytyjski fenomen, Bastille. Podobnie jak Metronomy powtórka z zeszłorocznego Open’era, na którym przyciągnęli spektakularną publiczność jak na warunki małej sceny, na której się pojawili. W Warszawie również pojawił się tłum. Panowie zagrali swoje kawałki, znów sprofanowali The xx oraz TLC w swoim mash-upie „No Angels” i wyszli. Dla mnie, koncert bez historii.

Bezpośrednio przez główną gwiazdą dnia na głównej scenie pojawili się Amerykanie z kapeli Incubus. Był to ich pierwszy i wyczekany występ w Polsce. Tę szczególną atmosferę podobnych wydarzeń można było wyczuć zarówno w reakcjach publiczności jak i zespołu. Dla mnie był to kolejny powrót do przeszłości, kiedy Incubus był często zapętlany w moich głośnikach. Z tego punktu widzenia byłem lekko niepocieszony setlistą, w której dawnych hitów znalazło się stosunkowo mało. Panowie pokazali jednak, że są w formie dając z siebie wszystko na scenie.

Potem nadszedł już czas na danie główne tej trzydniowej muzycznej uczty. Oto na scenie za chwilę pojawić się miał Muse. Atmosfera oczekiwania udzieliła się chyba każdemu, scena główna po raz pierwszy przeżyła takie oblężenie. Pierwsze dźwięki intra do „Psycho” wywołały wrzask przez chwilę zagłuszający festiwalowe głośniki, aby po chwili cały tłum zgodnie krzyczał „Aye, sir!”. Pojawienie się na scenie członków zespołu zostało powitane wręcz histerycznym wrzaskiem tłumu. Następne półtorej godziny to już gitarowy popis Matta Ballemy’ego i jego kolegów. Chociaż nadal nie przekonują mnie kawałki z „Drones” przyznać muszę, że na żywo zostały świetnie obronione. Każdy gitarowy pasaż, jaki płynął do publiczności wywoływał jej natychmiastową ekstazę.

Nie był to najlepszy koncert Muse, na jakim byłem. Mogę powiedzieć nawet, ze był jedynie poprawny. Zdawkowe słowa po Polsku rzucane między kawałkami. Oszczędna jak na ten kaliber zespołu produkcja, bądź nawet jej brak pomimo robiącego piorunujące wrażenie konfetti. Mimo to Muse nadal są i długo pewnie będą prawdziwą rockową legendą i jednymi z niewielu, których bez zawahania nazywa się headlinerem.

Podsumowując Orange Warsaw Festival, przyznaję, że bawiłem się na lepszym festiwalu, niż się tego spodziewałem. Oczywiście było kilka niedociągnięć, jednak z całą stanowczością stwierdzam, ze organizatorzy odrobili pracę domową. Na szczególne wyróżnienie zasługuje tutaj dźwięk, przede wszystkim głównej sceny. Niestety nie można tego powiedzieć o marketingowcach, którzy kiepską komunikacją i błędnymi decyzjami pogrążyli frekwencję na festiwalu. Nawet ten line-up, chociaż nienależący do najlepszych, dałoby się obronić, gdyby twórcy OWF od początku byli szczerzy ze swoimi fanami i nie decydowali się na dziwną politykę cenową. Zaufanie festiwalowiczów zostało mocno nadszarpnięte i trudno będzie się przebić do nich przez to poczucie. Ja trzymam jednak kciuki za kolejną edycję Orange Warsaw Festival, która, przy tym tempie edukacji organizatorów, może nadal być znaczącą imprezą na polskiej mapie.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...