music is ... muzyka z najlepszej strony.

okladka-suffer_front

Sjón Suffer EP

Data wydania: 2015-05-15
Wydawnictwo: własne

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 4 głosy
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Pierwsza część tryptyku szykowanego przez łódzki Sjón ukazała się w listopadzie. Te trzy kawałki, które panowie zaserwowali nam na „Human” tylko rozpalały apetyt na więcej nieznośnie wciągając w ich psychodeliczny świat. Biorąc pod uwagę zamysł muzyków, gdzie trzy wydane osobno short albumy mają stanowić całość, możnaby oczekiwać, że „Suffer” będzie kontynuacją tego, co Sjón pokazało na poprzednim krążku. Okazuje się jednak, że prawdziwe smaczki miały się dopiero pojawić, a panowie poszli o krok dalej.

„Suffer” przede wszystkim przynosi nam jeszcze bardziej złożone kompozycje, którym daleko od piosenek lekkich i chwytliwych. Zespół nigdy nie starał się pisać typowych hitów – już z tego względu można się spodziewać, że chłopaki sami sobie usypują stromą górkę, pod którą przyszło im się teraz wspinać. Nie jest łatwo przebić się z tak ambitnym materiałem, ale ta konsekwencja zasługuje na pochwałę. Tym razem prócz psychodelicznego klimatu dostajemy też kompozycje dopracowane, niepokojące i pełne przyjemnej dramaturgii. Tu chapeau bas dla Kacpra Kowalskiego, który śmiało może uchodzić za geniusza jeżeli chodzi o jego zdolności kompozycyjne, bo mimo brzmieniowego bogactwa nic nie jest na tym krążku przesadzone. Mnogość instrumentów nie przekłada się na nieznośną kakofonię, a nasuwające się podczas słuchania skojarzenia tylko potwierdzają fakt, że Sjón należy już stawiać obok tych najzdolniejszych młodych twórców i uważnie obserwować ich dalszy rozwój.

Album zaczyna najbardziej przebojowe wśród kawałków Sjón, „Dignity”, które rozwija się powoli i nabiera tempa, aby już na końcu zaskoczyć ogromem dźwięków. Chłodny „Hurry Up” oparty na duecie basu i perkusji kojarzy mi się z Republiką. Z kolei „Romeo Suffer Defeted” – lekko niepokojący, ale niezwykle liryczny – uspokaja całość, żeby przygotować nas na wielki finał. Zaś wieńcząca dzieło ballada jest najlepszym dowodem na geniusz tego zespołu. Fortepianowy nostalgiczny początek „Out” przywołujący skojarzenia z „Creep” Radiohead rozwija się w kompozycję dramatyczną, w której spokojnie stopniowane (kawałek ma ponad 6 minut) napięcie zostaje w finale okrutnie stłumione pozostawiając ogromny niedosyt.

„Human” na tle „Suffer” wydaje się być zupełnie innym rozdziałem. Pierwsza część tryptyku była nieuporządkowana, z pozoru chaotyczna i bardziej eklektyczna. Tutaj wszystko jest o wiele bardziej poukładane, nieznacznie rozedrgane, ale też lepiej przemyślane i jeszcze bardziej hipnotyzujące. Ośmielę się stwierdzić, że gdyby to wydawnictwo pojawiło się późną jesienią albo zimą miałby jeszcze większą siłą rażenia, bo do słonecznej letniej pogody pasuje nieco jak pięść do nosa. Trochę zaczynam się obawiać tego, co panowie pokażą na części „Defeted”, bo tym rozdziałem postawili sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Sprawę jednak należy postawić jasno – obecnie w swojej kategorii panowie nie mają sobie równych. Oby tylko nie spoczęli na laurach, bo niecierpliwie czekam na więcej.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...