Kto raz poszedł na koncert chłopaków z Magnificent Muttley wie, jaką moc ma ta trójka na żywo. Mówi się, że to oni są zbawieniem polskiego rocka. Niedawno wypuścili w świat swoje drugie długogrające dziecko i ruszyli w trasę promującą album. Z tej okazji postanowiliśmy spotkać się z nimi przed koncertem w poznańskim klubie Dragon i nieco wypytać o to, jak wyglądało nagrywanie nowej płyty, skąd wziął się pomysł na crowdfounding i jak się gra koncerty zagranicą.

Powiedzcie mi, jest jeszcze miejsce w polskiej muzyce na muzykę gitarową?

Kuba: Na pewno jest.
Olek: I zawsze będzie.
Kuba: Szczerze, to nigdy się nie zastanawiałem nad tym czy jest czy nie, bo muzyka gitarowa jest od zawsze. Są stare zespoły gitarowe, są nowe… Myślę, że jest to stały punkt na scenie.

A nie wydaje Wam się, że jest trochę tak, że obecnie wystarczy mieć dobrego laptopa i stworzyć duet z ogarniętą, dobrze śpiewającą dziewczynką żeby odnieść sukces?

Kuba: Pewnie byłoby nam łatwiej z transportem. (śmiech)
Krzysiek: Tak, ale zapytałaś o to, czy jest miejsce na scenie na muzykę gitarową, a odpowiedź na to pytanie jest „tak” niezależnie od tego, co jest teraz modne. A to co jest teraz modne to jest kwestia trendów, które się ciągle zmieniają. Z tym, że modne, wcale nie oznacza, że jest dobre.
Olek: Za pięć lat będzie pytanie czy jest jeszcze miejsce na kolejny duet.
Krzysiek: Albo czy nie za późno na debiut duetu… (śmiech)
Olek: Przecież muzyka gitarowa jest na rynku tak naprawdę od lat pięćdziesiątych i nic się nie zmieniło, zawsze gitarowe zespoły były i będą – część z nich jest sławna, część nie, ale nie ma też takiego podziału na to czy jest na coś miejsce czy nie ma. To jest twór stały.
Kuba: Nie będzie tak łatwo tej muzyki stłamsić. Musicie sobie lepsze laptopy kupować (śmiech).

Chyba jesteście dość uparci, nie? Bo pierwszą płytą wydaliście sami…

Krzysiek: Nie, mieliśmy wydawnictwo Karrot Kommando.

Faktycznie, mój błąd – ale powiem szczerze, że wciąż mam wrażenie że ta cała inicjatywa i sama już potem promocja płyty szła tak naprawdę przez Wasze ręce i to wydawnictwo gdzieś spadło na dalszy plan, dlatego trudno o nim pamiętać. Ale „Rear Window” już zainicjowaliście sami, zaczęliście nagrywać, potem razem z PolakPotrafi.pl odpaliliście akcje crowdfoundingową. Z tego właśnie względu wydaje mi się właśnie, że (w dobrym tego słowa znaczeniu) jesteście uparci.

Kuba: Jeżeli w dobrym tego słowa znaczeniu, to chyba tak.
Olek: Jesteśmy konsekwentni, bo chcemy uzyskać zamierzony efekt.
Krzysiek: Dokładnie, a chyba właśnie do siebie możemy mieć największe zaufanie. Jeżeli mamy możliwości zrobić wszystko samemu to czemu z niej nie skorzystać? Po co mamy wykorzystywać kolejne osoby, skoro możemy zamknąć się we trójkę i metodą prób i błędów dochodzić do tego, co nam się podoba. Chyba właśnie z tego wynika nasze podejście – najważniejsze we wszystkim co robimy jest to, żeby nam się to podobało.
Olek: Jesteśmy po prostu trzema kumplami, którzy siedzą sobie w sali prób i próbują coś uzyskać. Jesteśmy zespołem, którego na studio w tym momencie nie stać. Wiesz, żeby wejść do studia i poeksperymentować z tym brzmieniem tak żebyśmy byli potem z niego zadowoleni, zrobić trochę aranży, posiedzieć nad tymi kawałkami i mieć po prostu święty spokój. Ale jako, że mamy swoje możliwości – pół amatorskie i trochę pół profesjonalne, stwierdziliśmy, że najłatwiej jest usiąść samemu i to nagrać. Przy pierwszej płycie było inaczej, bo wygraliśmy Jarocin i nagrodę Border Breaker dzięki której mieliśmy połowę pieniędzy na studio. Stwierdziliśmy trochę na wariata, nie mając jeszcze wydawnictwa, że chcemy do tego studia po postu wejść i nagrać materiał.
Krzysiek: Chociaż wydaje mi się, że to wynika trochę z pragmatyzmu. W tej chwili jeżeli chodzi o „mejdżersy” to nie ma w ogóle rozmowy, bo to nie jest miejsce dla nas. Jeżeli chodzi natomiast o mniejsze wydawnictwa, to w tej chwili sytuacja tak czy inaczej wygląda tak, że ktoś musi te pieniądze zainwestować, a potem ktoś musi te pieniądze oddać. Jedyne co się zyskuje to dodatkowa pula kontaktów i jakąś markę. Także i tak zrobilibyśmy to sami, jedyną zmianą byłoby to, że ktoś pomógłby nam już na ostatecznym etapie.
Olek: Już sam crowdfunding to było doświadczenie niesamowicie przyjemne, jak wchodziliśmy na stronę i patrzyliśmy jak ta suma z dnia na dzień rosła. Już pod koniec, kiedy wiedzieliśmy, że to się uda to było takie… „o cholera!” Chyba nie do końca się spodziewaliśmy tak dobrego odzewu.

20150515-Karolina Lewandowska-Magnificent Muttley-019-2

A skąd się wziął w ogóle pomysł na akcję z PolakPotrafi.pl?

Krzysiek: Z potrzeby. Musieliśmy zebrać pieniądze, żeby wydać tę płytę. Był taki moment, że byliśmy tak pół na pół – chcieliśmy za wszelką cenę zrobić to samemu, ale dopuszczaliśmy możliwość, że może się nie udać zebrać pieniędzy i że będziemy musieli wydać tę płytę z kimś. To była naturalna, najlepsza dla nas opcja zebrać pieniądze za pomocą akcji crowdfundingowej. Dużo osób marudzi na crowdfunding, na to w jakiej obecnie jest formie, ale zupełnie nie rozumiem dlaczego. To, że wszystko dzieje się przez Internet i przelewy to jest kwestia tego, że mamy XXI wiek, a dalej są to pieniądze od fanów, którzy współfinansują płytę zespołu, który lubią. To tak jakbyśmy skrzyknęli swoich znajomych i poprosili ich o pożyczkę oferując w zamian płytę.

Wielu znajomych teraz macie!

Krzysiek: (śmiech) 195 osób.

Przyznam, że nie śledziłam do końca jak wyglądało kupno poszczególnych pakietów, ale pokusił się ktoś o ten najdroższy?

Magnificent Muttley: Niestety nie.
Kuba: Chcieliśmy zagrać po swojemu repertuar Beaty Kozidrak lub dowolnie wybranej płyty Edyty Górniak, ale niestety nikt się nie pokusił. Ale może dlatego, że było to dość przerażające.
Krzysiek: Ktoś nawet wpadł na pomysł, który niestety nie doszedł do skutku, żeby zrobić akcję crowdfundingową, żeby zebrać pieniądze na ten najdroższy pakiet.
Olek: Sami nawet chcieliśmy tak trochę popchnąć do działania naszych znajomych, którzy to powiedzieli. Pociągnąć bardziej za język czy nawet skrzyknąć ich do działania, ale niestety.
Kuba: Ale kto wie? Może na Sylwestra, albo na urodziny zespołu jeszcze pokusimy się o taką niespodziankę?
Olek: Jest jeszcze taka ciekawostka, że mieliśmy być przebrani za postacie z Gwiezdnych Wojen i to jeszcze połączone z repertuarem Beaty Kozidrak albo Edyty Górniak razem mogłoby dać niesamowity efekt. (śmiech)
Krzysiek: Wyobraź sobie, ja w stroju Szturmowca śpiewający „Niech spadnie z nieba złoty deszcz” (śmiech)
Olek: Albo „Góra dół, pieprz i sól” (śmiech). Mnie można by przebrać za R2D2 i nabijałbym wam rytm robiąc „bip, bip” (śmiech).

20150515-Karolina Lewandowska-Magnificent Muttley-023-2

Ok, to może przejdźmy już do płyty… (śmiech) Moje odczucie po pierwszym przesłuchaniu było takie, że to wciąż ewidentnie jesteście Wy, ale w porównaniu do poprzedniego krążka ta płyta – nazwijmy rzeczy po imieniu – ma lepsze pierdolnięcie po prostu. Rozumiem, że to było zamierzone?

Kuba: Dużo osób po pierwszym krążku nam mówiło, że fajna płyta, ale na koncercie to jest dopiero cios. Dlatego staraliśmy się tę płytę tak nagrać, żeby zarejestrować energię, którą mamy na żywo. Jeżeli tak mówisz, to może faktycznie nam się to udało.
Olek: Też brzmieniowo od momentu pierwszej płyty i EP-ki, aż do początków nagrywania tej płyty troszkę się u nas zmieniło. Numery z pierwszej płyty i z EP-ki, które gramy na koncertach brzmią nieco inaczej, bo się wyrobiliśmy, nabraliśmy doświadczenia i znaleźliśmy sposób ich prezentacji, który nam najbardziej odpowiada. To też nie było tak, że usiedliśmy w naszej dwudziestopięciometrowej sali i powiedzieliśmy „dobra, to teraz musi być pierdolnięcie”, „to musi być ostrzejsze”, „dodaj więcej pieprzu” – tylko mając nowe numery okazało się, że one po prostu takie są. Potem już jedynie dopracowaliśmy ich brzmienie żebyśmy sami byli z niego zadowoleni.

Dlaczego tak właściwie pomiędzy pierwszym albumem a tym najnowszym zdecydowaliście się wydać EP-kę?

Kuba: To jest skomplikowana sprawa w sumie. Trochę zależało to od wydawnictwa, z którym to wydaliśmy, trochę od tego, że na tamtym etapie nie mieliśmy funduszy żeby nagrać pozostałe numery w tym studiu, w którym zostały nagrane te dwa numery z EP-ki.
Krzysiek: To był też swego rodzaju test współpracy z managementem oraz z Leszkiem Biolikiem, z którym współpracowaliśmy przy Otwartej Scenie. Mieliśmy też w ogóle pomysł, żeby to z nim robić tę nową płytę i to właśnie on i nasz ówczesny manager nas przekonali, żeby lekko wybadać pole i nagrać EP-kę. Po to też, żeby nie przepadły nagrania z Otwartej Sceny, które bardzo fajnie wyszły i żeby nie rzucać się od razu na głęboką wodę.
Olek: To nam też tak naprawdę bardzo dużo dało. Leszek jest mózgiem jeżeli chodzi o organizację i takie techniczne podejście do sprawy. To już moje prywatne zdanie – po tym jak nagraliśmy EP-kę i zdecydowaliśmy się wydać drugą płytę sami, ja zyskałem bardzo duże doświadczenie w kwestii tego jak w ogóle pracować nad materiałem, jak do niego podejść i jak się opanować myśląc nie tylko o swoim instrumencie, ale o zespole jako całość.
Krzysiek: Bo też Leszek potrafi zajebiście otworzyć głowę na to, że czasami nie wszystko wychodzi po naszej myśli i nie warto trzymać się kurczowo tego, co chciało się osiągnąć na początku. Porusza on taką kwestię przypadkowości, która czasami jest zajebista w muzyce.
Olek: Bo we wszystkim chodzi o to, żeby się nie bać nagrać to na dwa, trzy różne sposoby, posłuchać tego, wyciągnąć wnioski i dopiero nagrywając płytę czy dany numer już świadomie poruszać się na polu tego, co ma być uzyskane. To jest właśnie trochę problem pierwszej płyty – weszliśmy tam na wariata i to był tylko i wyłącznie szczery przekaz. W momencie wydania tej płyty wiedzieliśmy, że już jesteśmy kilka kroków dalej, a to wszystko dlatego, że nie mieliśmy okazji nigdy usłyszeć tego w innej formie niż sami to graliśmy. Dlatego to doświadczenie nam tak wiele dało. Ale też finansowa strona nam się nieco rozsypała, a po drugie Leszek jest bardzo zajętą osobą i nagranie z nim tej drugiej płyty trwałoby bardzo długo, dlatego zapadła decyzja o nagraniu materiału własnymi siłami.
Kuba: Jak to w naszym przypadku, wszystko wynikło naturalnie.

Teraz koncentrujecie się na promowaniu nowej płyty, czy macie już jakieś nowe pomysły?

Kuba: Ani jednego.
Krzysiek: To śmieszne w ogóle, bo wyczuwając ile czasu i energii poświęciliśmy na nagrywanie tej nowej płyty, naturalne jest dla nas, że nawet nie poruszyliśmy między sobą tego tematu dając sobie pewien oddech i skupiając się na koncertach. Wszystko co się dzieje od ponad pół roku dzieje się tylko i wyłącznie za naszą sprawą. Postanowiliśmy sami sobą zarządzać, dlatego to że wydaliśmy ten krążek to jest nasz ogromny prywatny sukces. Jak mówi Karol Strzemieczny „ Jeżeli chodzi o przyszłość, to niewiele rzeczy można powiedzieć na pewno”. (śmiech)
Olek: Trochę zrobiliśmy sobie maraton i okazało się, że po jego pokonaniu w postaci nagrania i zmiksowania płyty weszliśmy już w następny, czyli promowanie i granie koncertów.

20150515-Karolina Lewandowska-Magnificent Muttley-020-2

Jeżeli już jesteśmy przy koncertach to ostatnio daliście kilka występów zagranicą. Jak Was przyjęła tamta publiczność? To w ogóle byli ludzie, którzy wiedzieli cokolwiek o Magnificent Muttley czy poszli na koncert z czystej ciekawości?

Kuba: Nie, wiedzieli co najwyżej tyle, ile mogli wyczytać w samym opisie koncertu. Dużo osób przyszło chyba po prostu dlatego, bo coś się nagle dzieje w ich mieście i jest rockowy koncert. Jeśli chodzi o przyjęcie naszej muzyki, to trochę brakuje nam słów żeby to opisać, ale naprawdę było super. To była ciężka wyprawa, bo same przejazdy między miejscowościami były bardzo dalekie i w sumie siedzieliśmy na Ukrainie i Białorusi pewnie z dziesięć dni, więc wróciliśmy totalnie wycieńczeni, ale absolutnie było warto.
Krzysiek: W ogóle każdy zespół, który chce się poczuć jak wielka gwiazda powinien pojechać na Ukrainę. Odbiór koncertu, reakcja, że ludzie śpiewają piosenki – to jest może idiotyczne, ale zajebiste dla mnie, że ci ludzie, którzy pierwszy raz słyszą Twoją muzykę przy drugim refrenie już z Tobą śpiewają nawet nie znając tekstu.
Olek: Mieliśmy pełną salę na 120 osób, gdzie ludzie cały czas szaleli – skakali, śpiewali, między utworami były owacje totalne i wszyscy bawili się tak samo dobrze kiedy graliśmy swój numer i kiedy graliśmy cover Nirvany. Też ludzie, którzy nam organizowali te koncerty są niesamowici, bo zrobili absolutnie wszystko żeby nam pomóc, w końcu przez cztery dni jeździli z nami busem i pomagali choćby w porozumiewaniu się, bo jednak na Ukrainie mało kto mówił po angielsku.

Lepiej Wam w takich małych wypełnionych po brzegi klubach czy na dużych festiwalowych scenach? Po pierwszej płycie zagraliście chyba wszędzie.

Kuba: Ja uwielbiam festiwale i ich klimat, ale kiedy graliśmy właśnie na Ukrainie w klubie wypełnionym po brzegi gdzie pot dosłownie spływał po ścianach to było coś naprawdę niesamowitego. Jakby Ci ludzie byli niemal z Tobą na scenie.
Krzysiek: Tak sobie myślę teraz, że festiwale to takie wakacje dla muzyków. Jesteś w fajnym miejscu, wszyscy Cię traktują super, jesteś z innymi zespołami z całego świata, chodzisz sobie od sceny do sceny, niczym się nie martwisz, rozmawiasz z ciekawymi ludźmi…
Kuba: Na przykład sobie pogadasz z Devendrą Banhartem…

Coś fajnego Wam powiedział, prawda?

Krzysiek: Nie powiedział może nic konkretnego, ale niedowierzał, że jesteśmy z Warszawy z Polski.
Kuba: Myślał, że przyjechaliśmy z Wielkiej Brytanii albo z Ameryki, a to chyba jest jednak spory komplement.
Krzysiek: Suma summarum plus koncertów klubowych jest taki, że jest to zajebiście miłe kiedy masz świadomość, że Ci wszyscy ludzie przyszli tu po to, żeby Ciebie posłuchać. Nie, że mieli ochotę iść na koncert tylko mieli ochotę iść na Twój koncert. To jest bardzo mile łechcące. Szalenie…

Nie ma więcej wpisów