Spory dysonans poznawczy funduje nam załoga z Pan Trup. Bo oto Cool Kids of Death spotyka Muchy, a później jeszcze gdzniegdzie można pokusić się o wspomnienie paru innych zespołów z naszego podwórka, w tym załogi Hurt czy Siekiery. A chociaż oni sami wolą nawiązywać do statusu paru muzyków zagranicznych, takich jak New Order, Blondie czy Johnny’ego Marra, to trudno w tym wszystkim odnaleźć ich ducha. I nie ma tu niczyjej winy, bo przywoływanie inspiracji powinno niejako naprowadzić na trop ich grania. Ale nawet bez wymienianych tu nazwisk i nazw, odnowiona załoga z Krakowa staje się obiektem porównań tylko do tylko jednej z nich.

Być może to kwestia mojego uczuciowego zboczenia, jakim darzę łódzki band, ale przy włączeniu tej EP-ki trudno mieć wątpliwości, o co tak naprawdę tutaj chodzi. Jeśli mówimy o motywie przewodnim, „Pan Trup” okazuje się być po części sentymentalną podróżą do roku 2002 i odpaleniem płyty „Cool Kids of Death”. Muzycznie być może nie najsprawniej w kwestii przełożenia jeden do jednego – co w tym wypadku zdaje swój egzamin i nadaje grupie ich własny feel – choć wokalnie i tekstowo już jak najbardziej.

Nie chcę się więc rozwodzić nad tym, na ile „Pan Trup” swoim muzycznym charakterem miał w zamierzeniu odzwierciedlić zagospodarowaną jedynie przez Cool Kids of Death przestrzeń własnej oryginalności, jednak ja sam nie mogę się od tych porównań uwolnić. W końcu jedynie niewinnym stylistycznym incydentem może być wydźwięk gitarowych riffów w „Bardzo duże BUM!” czy praca perkusji obsługiwanej przez Marię Marcinek. Nawet te atakujące w paru momentach („Squash”,) ciekawym elektronicznym posmakiem klawisze, funkujące pady nie muszą być pewną kontynuacją eksperymentów bardziej popowej strony CKOD z ostatnich lat. No dobrze, powiedzmy, że ta myśl jest sporym nadużyciem w stosunku do wytworów załogi Pana Trupa.

Tym nie jest jednak to, co przykuwa uwagę już na samym początku. A mianowicie kwestia wokalna, która całym swoim wydźwiękiem kładzie nacisk na odjazdy Ostrowskiego i spółki: raczej mówione, niż tradycyjnie wyśpiewywane strofy, które przechodzą w pokrzywione, wyrzucane z siebie złowrogo fragmenty (choć nie – jak w przypadku CKOD – buntownicze deklaracje) i stawianie na wygłuszany wokal (który zbyt często niknie w instrumentalnej warstwie i psuje odbiór całości). Pan Trup nie zapomina jednak o przekazie, bo chociaż sam głos Tomasza Samołyka jest odpowiednim czynnikiem przywodzącym na myśl łodzian, to ostatnim czynnikiem dopełniającym to wrażenie pozostają słowa.

„Wałkonie” witają nas tekstem: mówię, że skończę w piekle / Ty – że skończymy razem / Ja – że to właśnie powiedziałem. Czym więc jest to miłosno-hejterskie spojrzenie, które tak dosadne w tekstach Ostrowskiego, przebija się w abstrakcyjnych, skupionych na życiu i relacjach, współczesnych odpowiedziach pisanych przez gitarzystę Macieja Mazurkiewicza? W końcu to właśnie ten fragment rozpoczyna omawiane wydawnictwo, nadaje mu cały ton. Zasiewa ziarno nieustannego upatrywania w piątce z Pan Trup czegoś równie pociągającego jak wizji delegalizacji szczęścia, ponownej rewolucji i żołnierskiego przekazu: do widzenia skurwysynu.

Póki co jednak tego wszystkiego tutaj nie ma. I zdaję sobie sprawę, że Pan Trup zapewnie nie chcą tego buntu, co zresztą słychać w tym zbiorze częściowo balansującej na granicy bezsensu i zabawy słowem narracji. Ale z drugiej strony „Pan Trup” nie daje mi odpowiedzi na to, czego zespół tak naprawdę chce. Prócz bycia – dla mnie osobiście – ciekawostką do śledzenia, i przypomnieniem, że ponownie muszę sięgnąć po gitarową miłość z dawnych lat.

Nie ma więcej wpisów