music is ... muzyka z najlepszej strony.

Asap

A$AP Rocky At. Long. Last. A$AP

data wydania: 2015-05-26
wydawnictwo: RCA Records

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 7 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Oficjalny debiut A$AP Rocky’ego pod tytułem „Long.Live.A$AP” z 2013 roku na dobre rozpoczął karierę nowojorskiego rapera i pozwolił światu nie tylko na poznanie jego twórczości, ale także całej ekipy A$AP Mob. Krążek zebrał świetne recenzje i pomimo krytyki ze strony rygorystycznych fanów klasycznego rapu oraz niedzielnych słuchaczy tego gatunku, na długo pozostanie w pamięci wielu słuchaczy, ponieważ jest produkcją nowoczesną, nieszablonową i przede wszystkim świeżą.

Między premierą wspomnianego albumu i najnowszego krążka Rocky’ego, „At.Long.Last.A$AP”, miała ukazać się płyta instrumentalna, a także pierwszy album A$AP Mob. Tak się jednak nie stało, a plany całej ekipy mocno pokrzyżowała tragiczna śmierć jej lidera – A$AP Yamsa. Jego nieoczekiwana śmierć była niewątpliwie dramatycznym doświadczeniem dla każdego z członków kolektywu, dlatego też informacje o drugiej solówce Rocky’ego łączyły w sobie oczekiwanie i niecierpliwość z niepewnością i obawami – czego spodziewać się po albumie wydanym po śmierci bliskiego przyjaciela i jednocześnie mentora, ale i czy drugi krążek udźwignie ciężar wyśmienitego debiutu?

A$AP Rocky nigdy nie pretendował do tronu króla Nowego Jorku, co związane jest nie tylko z brakiem unikatowych czy chociaż ponadprzeciętnych umiejętności technicznych, ale i z niekonwencjonalnym podejściem do rapu i samego rapowania. Rocky eksperymentuje z głosem, śpiewa, nawija pod cloudowe, klasyczne, jak i trapowe bity, nie boi się kompozycji wykorzystujących dźwięki gitary czy perkusji i często prezentuje zamiłowanie do południowych produkcji oraz ich charakterystycznych melodii. Podobnie jest i tym razem – mamy tu specyficzne, cloudowe melodie („L$D”, „Dreams”, „Excuse Me”), cykające trapowe bity („M’$”), leniwie brzmiące podkłady z bluesowo-perkusyjnymi elementami (otwierające album „Holy Ghost”), bardziej klasyczne, samplowane produkcje („Everyday”, „Jukebox Joints”), jak i niezbyt atrakcyjne i minimalistyczne podkłady („Lord Pretty Flacko Jodye 2″), którym raper nadaje charakteru i świetnie ukrywa ich mankamenty, dzięki niepowtarzalnemu stylowi i flow.

Produkcyjnie album stoi na wysokim poziomie i chociaż nad poszczególnymi utworami pracowało wielu producentów (m.in. Danger Mouse, Hector Delgado, Kanye West, Juicy J czy Hudson Mohawke), krążek sprawia wrażenie spójnego i przemyślanego. Brakuje mi tu jedynie singla „Multiply”, który ukazał się w październiku ubiegłego roku. Świetny, klimatyczny numer, który na pewno odnalazłby się na tej płycie. W przeciwieństwie do „Long.Live.A$AP”, drugi album jest bardziej psychodeliczną produkcją, nieco przywodzącą na myśl acidowe kompozycje. „At.Long.Last.A$AP” jest również płytą o mniejszym potencjale hitowym. Trudno znaleźć tu przebojowe utwory, nie licząc kawałka „Everyday”, wykorzystującego sample z numeru „In a Broken Dream” Pythona Lee Jacksona i Roda Stewarta. Warstwa liryczna krążka wciąż nie jest jego najmocniejszym elementem (m.in. narkotyki, dziewczyny, bogactwo), ale Rocky jest raperem, u którego najbardziej zachwyca stylowa wszechstronność. Tematyczna stagnacja nie razi, ponieważ Rocky porusza się po wielu muzycznych obszarach finezyjnie, płynnie i często zaskakująco. Kompozycyjna eklektyka albumu jest jego najważniejszym atrybutem.

Lista gości wydawnictwa jest nie tyle imponująca, co budząca duży szacunek. Pokazuje, że A$AP Rocky jest raperem, dla którego dobór osób to nie chłodna kalkulacja, a przemyślane działanie. Miło usłyszeć Schoolboya Q w „Electric Body”, który świetnie odnajduje się w kolaboracyjnych numerach z Rocky’m (wystarczy wspomnieć „PMW (All I Really Need)” z debiutu), Lil Wayne sprawdził się wyjątkowo dobrze w „M’$”, nie sprawiając wrażenia wtórności, które towarzyszyło wielu jego ostatnim dokonaniom. Ciekawy występ zapewnił również Kanye West w „Jukebox Joints”. Warto pamiętać również o Joe Foxie, który przed tym albumem był nieznanym wokalistą, a po wydawnictwie Rocky’ego niewykluczone, że jego kariera nabierze rozpędu. Udzielił się on w aż czterech utworach, zgrabnie uzupełniając nawijki gospodarza. Za najważniejsze gościnne występy należy uznać te z „Wavybone”. Juicy J, Bun B i zmarły w 2007 roku Pimp C (dwaj ostatni współtworzyli legendarny południowy skład UGK) wraz z gospodarzem stworzyli spokojny, stonowany numer, który idealnie odzwierciedla wspomniane wcześniej zamiłowanie Rocky’ego do południowych kompozycji.

Prawdą jest, że brakuje tu czegoś na miarę „Wild For The Night”, „Fuckin’ Problems” czy „1 Train”. Poza tym nie jest to album dla okazjonalnego słuchacza rapu czy zwolennika klasycznego rapowego brzmienia, ponieważ wspomniany eklektyzm może za bardzo przeszkadzać. Osobom o większej tolerancji dla nowoczesnych rozwiązań w rapie, ”At.Long.Last.A$AP” na pewno przypadnie do gustu i będą do niego wracać. Bo jest to kolejny krok Nowojorczyka w klarowaniu własnego, niepowtarzalnego stylu, w oparciu zarówno o nowoczesność, jak i klasykę. A$AP Rocky udźwignął ciężar drugiej płyty, pokazując ogromny potencjał, co dobrze wróży na przyszłość.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...