music is ... muzyka z najlepszej strony.

Open’er Festival – dzień 1

Open'er Festival / fot. M. Murawski

Open'er Festival / fot. M. Murawski

Kolejna edycja największego polskiego festiwalu muzycznego ruszyła. Przeczytajcie poniżej naszą relację z wybranych koncertów z pierwszego dnia na Open’er Festival w Gdyni.

KODALINE / Main Stage

Będąc wierny postanowieniu, że z bogatego line-upu tegorocznej edycji wyciskam jak najwięcej, festiwal postanowiłem rozpocząć od Kodaline. Fenomen trochę zaskakujący, niezbyt odkrywczy, ale studyjnie dość przyjemny. Wydawałoby się, że idealny starter. Niestety ten świetny obraz zaburzył dobór setlisty. Pojawiły się największe hity zespołu, zagrane bardzo poprawnie , zabrakło jednak energii. Koncert w połowie stał się nużący, a jeden z niewielu kawałków „z życiem”, czyli „Human Again” został pominięty. Poprawnie, ale bez historii.
/ Marcin Błajet /

_MG_5880

NATALIA PRZYBYSZ / Tent Stage

Obłędnie fantastyczny głos. Tak w dużym skrócie mogę podsumować występ Natalii Przybysz. Każdym wydawanym przez siebie dźwiękiem hipnotyzowała publiczność, a wykonanie kawałka Janis Joplin sprawiło, że długo nie mogłem zebrać szczęki z podłogi. Z bólem serca opuszczałem namiot na rzecz Modest Mouse.
/ Marcin Błajet /

A$AP ROCKY / Main Stage

A$AP to zupełnie nie moja bajka, jednak wiedziony ciekowością zjawiłem się pod sceną. Zdecydowanie nie żałowałem. Koncert pozbawiony typowych dla hip-hopowych gigów dłużyzn i bezsensownych monologów gwiazdy. Rocky razem ze swoimi przybocznymi przez godzinę nawijali na pełnych obrotach nie dając zebranej publiczności chwili wytchnienia.
/ Marcin Błajet /

_MG_6763_mmurawski

MODEST MOUSE / Main Stage

Ten koncert opóźnił się o dwa lata. Wzbudzał moje ogromne nadzieje już w 2013 roku, a przez czas oczekiwania na jego faktyczne odbycie się, oczekiwania tylko wzrosły. Teraz, kiedy w końcu zobaczyłem tę legendę na żywo, odczuwam spory niedosyt. Odurzony Issac Brock wydaje się być najmniej winny takiego wrażenia. Amerykanie zagrali świetną mieszankę starych hitów oraz tych nowszych, zdecydowanie łatwiejszych do przyswajania przez masy. Pomimo ogromnych problemów technicznych w pierwszej połowie występu, każdy kawałek wybrzmiał bardzo mocno. Brakowało mi w tej całości jednak jakiejś mocy, siły rażenia. Całość przypominała trochę poprawnie zagrany koncert „po reaktywacji”.
/ Marcin Błajet /

Cały koncert trzymał dosyć dobry poziom, jednak trudno mi pozbyć się wrażenia, że duża festiwalowa scena przy blasku słońca nie do końca im służyła. Trudno zrozumiały wokal to chyba mój podstawowy zarzut. Na drugim miejscu nie sposób nie wspomnieć specyficznego zblazowania Isaaca Brocka. Cały zespół również sprawiał wrażenie niezbyt ukontentowanego obecnością w Polsce. W opozycji do tych mankamentów mogę mimo wszystko postawić całkiem poprawne i żywiołowe (przy jednak dosyć biernej publiczności) wykonania. Ani nie ziębi, ani nie grzeje.
/ Adam Bombrych /

_MG_7208_mmurawski

CHET FAKER / Tent Stage

Nie miałem okazji wcześniej posłuchać na żywo dokonać tego, o którym wszyscy wręcz krzyczą „NIE ROZUMIEM FENOMENU CHETA FAKERA”. I bardzo żałowałem, dlatego ucieszyłem się co niemiara, kiedy dołączył on do line-upu Open’era. I nie rozpiszę się za długo na temat tego koncertu z jednego względu. Był on fenomenalny. Chet na scenie prezentuje tak nieskazitelną barwę swojego głosu i tworzy taką magię (tak, razem z tym całym ‚nie chciejstwem’, które wszyscy mu zarzucają), że napiszę – Rozumiem fenomen Cheta Fakera. I jestem w stanie wdać się w konstruktywną dyskusję z każdym, kto tego fenomenu wciąż nie rozumie. PS Zremixowane aranże brzmią jeszcze lepiej na żywo.
/ Kuba Stadnicki /

DRAKE / Main Stage

Podobnie jak A$AP, to zupełnie nie moja bajka. Jednak potencjał wielkiej gwiazdy przyciągnął mnie pod scenę główną. Nie oczekując zbyt wiele, zwłaszcza po obejrzanych streamach z Coachelli, można się naprawdę mile zaskoczyć. Coś takiego dopadło mnie podczas koncertu Drake’a w Gdyni. Koncerty tego typu zawsze stoją dla mnie w cieniu zagrożenia ogromna nudą, jednak tutaj ustrzegliśmy się tego wrażenia. Mix największych hitów w połączeniu z oszałamiającą produkcją dały koncert headlinera z krwi i kości. Chociaż początkowo byłem przeciwny takiemu bookingowi, teraz z całą odpowiedzialnością mogę stwierdzić, że jest to jeden z ciekawszych headlinerów, jakich w tym roku będziemy mogli zobaczyć w Polsce. Całości smaczku dodaje ekskluzywność tego koncertu. Byliśmy jedną z zaledwie trzech publiczności, jakie zobaczą Drake’a w tym roku w Europie. Raper potrafił docenić wysiłki zebranego tłumu i nawiązać z nimi świetny kontakt, co w przypadku gwiazd tego kalibru nie jest tak oczywiste. Zapowiedział także powrót… Czy to obietnica bez pokrycia, dowiemy się po premierze następnego albumu.
/ Marcin Błajet /

_MG_7679_mmurawski

FATHER JOHN MISTY / Alter Stage

Nie miałam dylematu Drake czy Father John Misty, owszem chciałam zobaczyć chociaż jego wejście, ale się spóźnił, więc jego strata. Natomiast półtorej godziny z byłym członkiem Fleet Foxes to chyba najlepsza rzecz jaka mogła mi się przydarzyc. Artysta potrafił wzbudzić entuzjazm swoim specyficznym poczuciem humoru oraz ruchami które co żywo przypominały mi lidera Pulp, którego uwielbiam. Utwory z ostatniej płyty połączone z sarkastyczną „konferansjerką” i sceniczną ekspresją dały fenomenalny efekt. Tam trzeba było być!
/ Kasia Kowalik /

Ten pan wygrał pierwszy dzień festiwalu. Alter Arcie, dlaczego daliście mu tylko Alter Stage? Przecież Father John Misty to istny headliner! Przed koncertem miałem gdzieś tam wykreowany obraz wrażliwego pana z gitarą, trochę smętnym, nostalgicznym. A gdy zobaczyłem jego zachowanie na scenie, sposób w jaki się porusza, śpiewa pełen emocji… Wow. Dawno nie doświadczyłem czegoś tak wspaniałego. Misty co chwila rzucał świetnym komentarzem odnośnie trwającego równocześnie koncertu Drake’a, tego ‚jak bardzo kocha publiczność i powie wszystko, żeby usłyszeć aplaus’ czy po prostu tłumacyzł o czym jest utwór. Robił to wszystko w tak charyzmatyczny sposób, że jego muzyka nabrała całkiem innego wymiaru. Jeszcze lepszego niż ten otrzymany po zwykłym przesłuchaniu chociażby „I Love You, Honeybear”. Czysty śpiew, charyzma i przede wszystkim emocje, które zaprezentował zasługują na najwyższe pochwały.
/ Kuba Stadnicki /

Mimo świetnych ocen „I Love You, Honeybear” oraz mimo, iż sam w pewnym stopniu doceniłem ten materiał, nadal mogę powiedzieć o bardzo dużym, pozytywnym zaskoczeniu. Świetna prezencja na scenie, jeszcze lepsza ekspresja, niebanalne poczucie humoru, ale co najważniejsze doskonałe i prawdziwie ekscytujące, urzekające wykonania. Ponad godzinny popis artysty, podczas którego panie rozpływały się pod wpływem wdzięku artysty, a panowie z podziwem przyglądali się klasie samej w sobie. Nieprzekonani dadzą drugą szansę, ci, którzy nie znali nadrobią zaległości, a fani utwierdzą się w wyjątkowości i ponadprzeciętnej jakości kompozycji. Najlepszy lub (w najgorszym wypadku) jeden z najlepszych koncertów pierwszego dnia.
/ Adam Bombrych /

IMG_7933

ALABAMA SHAKES / Tent Stage

Może i zostanę zlinczowany za to co napiszę, ale dla mnie ten koncert to najsłabsza rzecz pierwszego dnia festiwalu. Bardzo lubię ostatni album amerykanów „Sound and Colour”, poprzedni „Boys & Girls” jest również niczemu sobie. Ba, to są naprawdę świetne albumy. A cały ten hype, który wytworzył wokół nich sukces ostatniego krążka chyba trochę za bardzo dał mi nadzieję na dobry koncert. Chociaż jak zauważyłem – publice się podobało. Dla mnie za dużo krzyczenia, a za mało śpiewania. Tak jakby na scenie brakowało autentyczności, którą artyści chcą przekazać. Niestety, ale bardzo się zawiodłem.
/ Kuba Stadnicki /

302A3457BB

DIE ANTWOORD / Tent Stage

Na koniec dnia zostało już tylko dzieło totalnego zniszczenia. Po nudnych Alt-J na scenie namiotowej grali afrykańscy szaleńcy z Die Antwoord. Nie spodziewałem się po tym koncercie ogromnych artystycznych uniesień, to nie ten rodzaj muzyki. Liczyłem na szał, dzikość, szaleństwo i zużycie ostatnich rezerw mocy tego dnia. Nie przeliczyłem się. Potężne basy momentalnie stawiały na nogi każdego, kto znalazł się w polu ich rażenia. Wszyscy równo skakali i wykrzykiwali kolejne wersy kawałków Yo-Landi i Ninja. Atmosfera była tak gorąca, że ludzie wręcz parowali i skraplali się pod dachem namiotu.
/ Marcin Błajet /

Imprezowa petarda, mordercza muzyczna sieczka. Przy takich wizualach i dźwiękach Die Antwoord nie trudno o halucynacje bez wspomagaczy. Bardzo dobrze wyprodukowane, przemyślane, skrajnie psychodeliczne show, które z każdą minutą podkręcało napięcie i zwiększało niewyobrażalne szaleństwo publiczności. Praktycznie całe Tent Stage należał do nich, czego wyraz dostrzec można było chociażby w przedłużających się owacjach w trakcie koncertu i po ostatnim utworze.
/ Adam Bombrych /

_A6A0510_mmurawski

ALT-J / Main Stage

Po północy pod Main Stage stały już naprawdę pokaźne tłumy. Sam Mikołaj Ziółkowski ogłaszając w Radiowej Trójce Alt-J powiedział, że był zaskoczony tak wysoką pozycją zespołu w corocznej ankiecie Open’era. Alt-J z namiotu przeskoczyli na Main Stage i całkiem dobrze się tam wpasowali. Jednak dla mnie Tent to dla nich lepsze miejsce. Utwory z pierwszej płyty rozkołysały fanów od pierwszych brzmień, a niezwykle przemyślane wizualizacje były świetnym dopełnieniem występu. Niestety, im dłużej trwał koncert i im częściej pojawiały się utwory z kolejnego krążka i im dłużej te same podłużne animacje z cieniami artystów pojawiały się na scenie, tym stawało się nudniej. Może w Tencie aż tak nudno by nie było?
/ Kuba Stadnicki /

Po tych panach pozostał mi spory niesmak. Bardzo stateczny, bezbarwny i po prostu przerażająco nudny występ. Honoru broniły tylko wykonania starych utworów. Wczorajszy koncert utwierdził mnie w niezrozumieniu popularności kapeli. W moim odczuciu ogrom publiczności nieproporcjonalny do klasy zespołu.
/ Adam Bombrych /

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...