music is ... muzyka z najlepszej strony.

Open’er Festival – dzień 2

Open'er Festival /  fot. Alter Art

Open'er Festival / fot. Alter Art

Dzień drugi opanował Major Lazer rozkręcając dziką zabawę pod główną sceną. Ale nie tylko oni wpadli nam w oko. Przeczytajcie poniżej naszą relację z wybranych koncertów z drugiego dnia na Open’er Festival w Gdyni.

MARMOZETS / Main Stage

Niewielu kojarzyło ich nazwę w momencie ogłoszenia występu Marmozets. Tym większą kontrowersję wzbudziło umiejscowienie ich na scenie głównej. Brytyjczycy w świetnym stylu obronili zarówno swój booking jak i slot. Prostym, ale dźwięcznym punkowym graniem rozbujali publiczność, która pomimo wczesnej pory i prażącego słońca pojawiła się pod sceną. Kolejny rok z rzędu udowodniliśmy, że na openerze jest miejsce dla małych, rockowych zespołów.
/ Marcin Błajet /

_MG_8939_mmurawski

TOM ODELL / Main Stage

Okazuje się, że koncert, którego głównym bohaterem jest pianino, też może być energetyczny. Spodziewałem się, że Tom Odell da nam spokojne popołudnie, idealny podkład pod piknik. Tymczasem zagrał pełnokrwisty koncert z świetną mocą. Dużym zaskoczeniem okazała się zwłaszcza końcówka, kiedy to, wydawało się spokojny Tom rozpoczął mała demolkę swojego stanowiska pracy. Wydaje mi się jednak, że duża scena to nie jest dla niego odpowiednie miejsce i ze swoim klimatem sprawdziłby się idealnie w namiocie.
/ Marcin Błajet /

Do tego pana mam słabość. Dlatego ogromnie się ucieszyłem, kiedy zobaczyłem że zasili line-up tegorocznej edycji. Po niesamowitym warszawskim koncercie czekałem z niecierpliwością na więcej i się doczekałem! Main Stage o 18:00 dla Odella? Pojawiły się głosy, że to scena nie dla niego. Ja bym jednak powiedział, że scena jak najbardziej, ale nie godzina. Tom mógłby być bez problemu headlinerem występującym o późniejszej godzinie. Najlepszym tego przykładem była publiczność, która bawiła się niesamowicie. Jak na tę godzinę, frekwencja była olbrzymia, a nawet z tyłu ludzie tańczyli i śpiewali w rytm „Another Love”. Andy Burrows na perkusji też zrobił swoje. Istne wow. Teraz wystarczy poczekać na nowy album i kolejny koncert.
/ Kuba Stadnicki /

_MG_9308_mmurawski

FISZ EMADE TWORZYWO / Tent Stage

Okazji do zobaczenia ich na żywo w Polsce jest w ostatnim czasie bardzo wiele. Jednak wczoraj Panowie mieli zdecydowanie znakomity dzień. Śmiało można powiedzieć, że zagrali na 130% swoich możliwości. Znakomite i przebojowe wykonania największych hitów i jeszcze lepszy odbiór publiczności. Waglewscy z Tworzywem zaprezentowali się z jak najlepszej strony, czego efektem był jeszcze krótki bis.
/ Adam Bombrych /

_A6A0963_mmurawski

RYSY / Alter Stage

Choć to była wczesna pora na taką muzykę Rysy poradziły sobie świetnie pod białym namiotem Alter Stage. Taneczne, elektroniczne rytmy uzupełnione wokalem Justyny Święs, która pojawiła się z chłopakami na scenie były bardzo dobrym wstępem do tego wyjątkowo tanecznego dnia.
/ Kasia Kowalik /

EAGLES OF DEATH METAL / Tent Stage

Jak na razie żaden koncert nie zrobił na mnie większego wrażenia. Prawdziwy rock’n'roll w najczystszej postaci i jeden z najlepszych koncertów w moim życiu. Porwany przez pogo i dziką zabawę pod sceną niewykluczone, iż podobnie jak inne rzeczy, mogłem zgubić też resztki obiektywności. Taki sam entuzjazm był jednak po drugiej stronie barierek. Jesse Hughes stwierdzając, że to najlepszy koncert i publiczność na trasie doskonale wiedział jak nawiązać dobre relację z publiką i skrócić niepotrzebny dystans. W rezultacie obydwie strony miały nieskrywaną radość ze wspólnej zabawy, a pot lał się hektolitrami.
/ Adam Bombrych /

Idąc w stronę namiotu słyszałam „będzie się działo” i to nie były uwagi na wyrost. Koncert ten wygrywa w kategorii najlepsze relacje zespół publiczność. Energia była niesamowita, a wypowiadane w stronę rozgorączkowanego tłumu uwagi nigdy nie wydawały się bardziej szczere. I choć na co dzień nie gustuję w mocno gitarowym graniu, to tym panom nie dało się oprzeć.
/ Kasia Kowalik /

302A4654BB

FISMOLL / Alter Stage

Fismolla uwielbiam słuchać. Ta niesłychana delikatność trafia do mnie całkowicie, jednak po jednym z wrocławskich koncertów miałem niesmak co do artysty. Były jakieś humorki, dlatego zaciekawiony jak będzie na Open’erze poszedłem do Alter Stage sprawdzić jak na żywo zabrzmi nowa płyta. Zaskoczony frekwencją (namiot był praktycznie wypełniony, jednak spora część widowni siedziała) dałem Fismollowi jeszcze jedną szansę na żywo i… Dobrze, że to zrobiłem. Było bardzo przyjemnie. Arek skromnie wykonywał co rusz kolejny utwór, na przemian z pierwszej i drugiej płyty, przenosząc publikę w swój subtelny świat.
/ Kuba Stadnicki /

THE LIBERTINES / Main Stage

Tutaj wydarzyło się coś dziwnego. Na Main Stage’u zabrakło publiczności… Nie zrozumcie mnie źle. Byli fani, jednak wyglądało to co najmniej skromnie. Jednak Pete i Carl rozkręcili niezłą imprezę i dwie najważniejsze rzeczy, które zapamiętam po tym koncercie to jedni z najlepszych fanów, którzy bawili się wybornie pod sceną oraz Dohetry’ego i Barâta śpiewających do jednego mikrofonu jak gdyby go całowali. To był bardzo dobry koncert.
/ Kuba Stadnicki /

_A6A1254_mmurawski

DJANGO DJANGO / Tent Stage

Ciężko wybrać najlepszy koncert drugiego dnia, jednak Django Django zrobili na pewno jedno z lepszych show. Namiot wypełniony do granic możliwości (i tradycyjnie po połowie koncertu już do 2/3), ciemność i elektronika, która porwała wszystkich. Londyńczycy świetnie grali światłem tworząc psychodeliczny klimat, wizualizacje dodawały jeszcze więcej tajemniczości, a sam Vincent czuł się porwany przez tłum powtarzając jak niesłychanie dobrze się bawi.
/ Kuba Stadnicki /

MAJOR LAZER / Main Stage

Impreza, jaką ekipa Diplo zrobiła na głównej scenie, to prawdopodobnie jeden z najmocniejszych momentów, jakie miały miejsce drugiego dnia Open’era. Abstrahując od walorów artystycznych, była to po prostu energetyczna bomba, ściana bardzo dobrej elektroniki, która porwała zebrany tłum do szalonego tańca. Jedyny mały minus za to, że w koncertowej odsłonie Major Lazer gubią nieco swojego bujającego flow na rzecz czysto elektronicznych przesterów. Poza tym, sztos.
/ Marcin Błajet /

Trzeba przyznać, że potrafią zrobić imprezę. Niestety jedynie przez pierwsze pół godziny. Po konfetti, chodzeniu w wielkiej kuli na fali publiczności, widowiskowych tancerkach i innych atrakcjach trójka wodzirejów spektaklu jakby straciła koncepcję na dalsze rozkręcenie zabawy. W efekcie tego coraz mniej działo się na scenie, muzycznie również dużo gorzej, aż w końcu zaczęło wiać nudą, a reszta show sprawiała wrażenie ciągniętego na siłę, bez koncepcji i z bolesnej konieczności. Gwoździem do trumny było słabe „Lean On” w końcówce. Spore rozczarowanie.
/ Adam Bombrych /

Trzeba przyjąć konwencję takiego typu wydarzenia. Wszyscy potrzebujący półtorej godziny odprężenia i zapomnienia o świecie będą zadowoleni. Cóż więcej czasem trzeba do szczęścia niż poskakać z parotysięcznym tłumem i powydzierać się do niewątpliwych hitów.
/ Kasia Kowalik /

Koncert zaskoczeń. Dlaczego? Bo niesłychane jest to, jak muzyka puszczona z głośników (nie do końca, ale wciąż…) i dwójka (a nawet i trójka) panów z mikrofonami krzyczącymi „Hands up, hands up!” może porwać tłum. Bo na początku czułem się rzeczywiście porwany przez Major Lazer, jednak im dłużej trwało show, tym więcej monotonii i braku innowacyjności wplatało się w to przedsięwzięcie. Końcowe „Lean On”, na które czekali chyba wszyscy też zawiodło – ten utwór ma kopa, każdy o tym wie, a ‚na żywo’ gdzieś się zgubił. Koniec końców koncert zaliczam do udanych, to było ciekawe doświadczenie i kawał porządnej imprezy.
/ Kuba Stadnicki /

IMG_8269

OF MONTREAL / Alter Stage

Dużo więcej obiecywałem sobie po ich występie. Odrobinę przerost formy nad treścią. W opozycji do spektakularnego, transseksualnego image’u wokalisty i rozkosznej zabawy z irytującą manierą stało dosyć przeciętne wykonanie kawałków. Dużo gorzej niż na płycie, bez polotu i większych emocji. Energia kipiała jedynie z Kevina Barnesa i kilku osób pod barierkami. Z tego wszystkiego zapamiętałem jedynie białe szorty i zielony cień pod oczami.
/ Adam Bombrych /

Ochroniarze śmiejący się z Kevina Barnesa i jego białych majtów, pustawy namiot i kawał świetnego show mimo wszystkich przeciwności. Tak można podsumować ten koncert. „Aureate Gloom” na żywo to jedna z lepszych rzeczy, jakie przyszło mi usłyszeć 2 lipca.
/ Kuba Stadnicki /

FAITHLESS / Main Stage
Wczoraj chyba wszyscy czekali na ten koncert. I napiszę tylko tyle: KLASA.
/ Kuba Stadnicki /

IMG_8588

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...