music is ... muzyka z najlepszej strony.

Open’er Festival – dzień 3

Open'er Festival / fot. M. Murawski

Open'er Festival / fot. M. Murawski

Młody warszawski raper wygrał na Alter Stage, D’Angelo dał przepiękny koncert na głównej, a pod namiotem niesamowity klimat stworzył José González. Przeczytajcie poniżej naszą relację z wybranych koncertów z trzeciego dnia na Open’er Festival w Gdyni.

TACO HEMINGWAY / Alter Stage

Młody warszawski raper, który szturmem wbija się na największe sceny w Polsce. Ogromny tłum, zebrany pod dachem Alter Stage był najlepszym dowodem na to, z jaką prędkością Taco zdobywa popularność. Trudno jednak uznać to za ogromne zaskoczenie. Genialny sposób powiadania historii i swobodne flow sprawiają, że nawet ludzie spoza Warszawy, dla których teksty Hemingway’a nie sa tak oczywiste, przyjęli go ze sporym entuzjazmem. Mogła zjeść go trema, w końcu jak sam mówił, to był najważniejszy moment jego życia, jednak poradził sobie bardzo dobrze. Taco, czekam na więcej.
/ Marcin Błajet /

Zastanawiałem się jak debiutant spisze się na dużym festiwalu i całkiem sporej scenie. Wyszło znakomicie. Taco, przynajmniej w moim odczuciu, uciszył krytyków, a prawie pełny namiot i skandująca wraz z nim fragmenty tekstów publiczność pokazała, iż młody warszawski raper jest gotowy na naprawdę spektakularną karierę. Porządne flow, od początku, aż po sam koniec i piorunujące, dwukrotne wykonanie „6 zer”. Szacunek, bo pokazał, że również na dużej scenie czuje się niczym ryba w wodzie, a nawijkę ma godną starych wyjadaczy. Jak dla mnie jeden z najjaśniejszych punktów wczorajszego dnia, a kto wie czy nie należałoby go docenić w skali całości i uplasować wśród najciekawszych występów całej edycji. Schodząc ze sceny powiedział coś w stylu: „Prawdopodobnie mój najważniejszy dzień w życiu” i trudno o lepsze podsumowanie.
/ Adam Bombrych /

IMG_1550

JOSÉ GONZÁLEZ / Tent Stage

Piękna akustyczna muzyka, która w namiocie zgromadziła spore grono zainteresowanych. José zauroczył polską publiczność i żałuję, że nie zostałem na całym koncercie, jednak line-up nie dawał mi wyboru.
/ Kuba Stadnicki /

Jego krystaliczny głos jest wystarczającym instrumentem by zaczarować publiczność i w sumie udało się to mu już od pierwszych minut. Mniej i bardziej delikatne kompozycje oparte głównie na gitarze akustycznej stworzyły klimat małego, ciemnego klubu. A jak już do ludzi dotarło, że na ‚Hearbeats’ nie należy klaskać to był to dla mnie jeden z bardziej magicznych momentów festiwalu
/ Kasia Kowalik /

302A5909BB

THURSTON MOORE / Alter Stage

Po prostu mistrz. Półtorej godziny świetnych gitarowych brzmień. Jak ważny jest dobry kontakt z publicznością dawałem wyraz w relacji z Eagles of Death Metal, jednak ów kontakt podzielić można na dwa rodzaje. Podczas gdy jedni robią to za pomocą słów, inni zwyczajnie wychodzą i zacieśniają relacje swoją muzyką. Do takich należy Thurston, który w swoim wyjątkowym występie zahipnotyzował publiczność pokazując ogromny potencjał gitar i perkusji. Kilkuminutowe solówki na zakończenie to istny przysłowiowy „eargasm” i mistrzostwo świata.
/ Adam Bombrych /

_A6A3233_mmurawski

OF MONSTERS AND MEN / Main Stage

Islandczycy trochę niezręcznie próbowali zagadywać w przerwach między utworami ale to nie ma znaczenia. Muzyka obroniła się sama. Było naprawdę świetnie. Obie płyty koncertowo bronią się bez problemu, samym artystom nie można nic zarzucić, tylko poprosić, żeby przyjechali do Polski jeszcze raz. Świadczyć może o tym tłum, który zgromadzili pod sceną. I energia, którą dodała mu muzyka OMAM. Bawili się wszyscy. Imponujące.
/ Kuba Stadnicki /

Na koncert Islandczyków przyciągnęły mnie dwa kawałki. Z powodu ich umiejscowienia w setliście zostałem na całym występie. Zastanawiając się, jak określić to, co zobaczyłem, najbardziej skłaniam się do określenia „bardzo przyjemna biesiada”. Pierwsza połowa zdecydowanie bardziej energetyczna, nogi same rwały się do skakania. W drugiej coś z tej mocy zniknęło, była bardzo nużąca. Na „Little Talks” czekałem już na zielonej trawie gdzieś dalej. Przyjemnie, trochę bez historii.
/ Marcin Błajet /

_MG_3606_mmurawski

MUMFORD AND SONS / Main Stage

Od ostatniego festiwalowego koncertu panowie nagrali nową plytę i awansowali na lepsze miejsce godzinowe. Czy zasłużenie? Chyba tak, bo stworzyli solidne show umiejętnie rozkładając akcenty. Choć kawałki z drugiej płyty mnie nie porywają i najbardziej podobało mi się gdy sięgali po klasyczne instrumenty, to całość oceniam bardzo pozytywnie (razem z lekkimi sucharami sypiącymi się że sceny).
/ Kasia Kowalik /

Gdyby tak zagrali trzy lata temu, byłbym zachwycony. Wtedy koncert zespołu pozostawił spory niesmak. Było nudno i bez kopa. Wczoraj Mumford and Sons zrobili show na miarę headlinera. Z jednym wyjątkiem – utwory z nowej płyty nie bronią się live (nie wspominając, że studyjnie lepiej nie jest). A najlepszym tego przykładem była euforia jaką wśród publiczności wzbudzały pochodzące z „Babel” i „Sigh No More” utwory i w porównaniu do tego średnie przyjęcie singli z „Wilder Mind”.
/ Kuba Stadnicki /

Tego koncertu obawiałem się najbardziej. Okazało się, że słusznie. Podobnie jak wielka przemiana Mumfordów zawiodła mnie w wersji studyjnej, zawiodła mnie też na żywo. Nowe kawałki absolutnie nie bronią się na żywo, stare straciły swój power. To, za co pokochałem Mumford and Sons po koncercie w Gdyni przed trzema lata zniknęło gdzieś pod skórzanymi kurtkami. Wtedy oglądałem ich przemoczony do suchej nitki, boso skacząc w błocie i czułem, że to typowy festiwalowy moment, klisza szczęścia. W połowie wczorajszego występu chciałem wyjść i uciec od tej nudy. Uciec od nieco zdeptanego fantastycznego wrażenia.
/ Marcin Błajet /

IMG_8100

SWANS / Alter Stage

Nadal nie rozumiem, czego byłem świadkiem. Podobno byłem tam 40 minut. Podobno usłyszałem dwie piosenki. Swans zagięli czasoprzestrzeń i przytłumili moją zdolność percepcji otoczenia. Co bardziej zaskakujące, nie mogę powiedzieć, że to było złe.
/ Marcin Błajet /

Mocna ściana transowych wręcz dźwięków. Dosyć przyjemnie zanurzyć się z zamkniętymi oczami w tym bogatym instrumentarium. Jak bardzo jest to propozycja dla koneserów (koniecznie ze stoperami w uszach) pokazała przerażająco niska jak na format zespołu frekwencja. Romans Open’era z alternatywą potrzebuje jeszcze czasu, ale nie wiadomo czy kiedykolwiek rozkwitnie.
/ Adam Bombrych /

D’ANGELO & THE VANGUARD / Main Stage

Klasa sama w sobie. Nie wiem jak wyrazić słowami to zespolenie ruchów z muzyką i świetnym głosem. Nic tylko chciało się tańczyć i bujać, i aż żal serce sciskal, że pod scena tak średnia frekwencja. Godzina minęła jak 5 minut, a ja tak bardzo chciałabym płynąć z tym rytmem dużo dłużej.
/ Kasia Kowalik /

Frekwencja słaba, ale D’Angelo nie miał z nią problemu. Tak szybko rozruszał tłum, który z minutę na minutę napływał pod scenę, że trzeba przyznać – ten pan wie jak dać dobry koncert.
/ Kuba Stadnicki /

IMG_8421

THE PRODIGY / Main Stage

Największym minusem tego koncertu były za cicho ustawione głośniki. Nie oszukujmy się, Prodigy to nie jest koncert, na którym w skupieniu analizuje się zagrane dźwięki. Tutaj miała być potęzna ściana dźwięku, bas wibrujący tak mocno, że płuca odbijają się o żebra. Był tylko irytujący hałasik.
/ Marcin Błajet /

_MG_7580_mmurawski

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...