music is ... muzyka z najlepszej strony.

Open’er Festival – dzień 4

Open'er Festival / fot. M. Murawski

Open'er Festival / fot. M. Murawski

Cztery dni minęły błyskawicznie. Podczas każdego nie zabrakło koncertów, które pozostaną w naszych głowach przez długi czas, ale nie zabrakło też rozczarowań. Jeżeli jesteście ciekawi jak wyglądał czwarty, ostatni dzień Open’er Festival, przeczytajcie poniżej naszą relację z wybranych koncertów największego polskiego festiwalu.

TRUPA TRUPA / Alter Stage

Wielką krzywdę zrobił im ten, kto kazał grać o 15.30. Frekwencja mniejsza od klubowej, nieproporcjonalna do jakości koncertu, bowiem utwory z płyty z powodzeniem oddane zostały podczas występu na żywo. Jedynie panowie jacyś wyraźnie zmęczeni i znudzeni, jakby sami nie wierzyli w to, co grali. Niemniej jednak rozumiem, bo warunki nie sprzyjały.
/ Adam Bombrych /

ELLIPHANT / Tent Stage

Booking zrobiony na ostatnią chwilę okazał się jednym z najlepszych na całym festiwalu. Potężna energia jaką Szwedka prezentuje na scenie zmiata publikę z siłą rażenia bomby atomowej. Zabawa w najczystszej postaci. W namiocie nie było przypadkowych osób, zebrał się dość spory tłum jak na tak wczesną porę. Gorące uczucia jakimi Polska darzy Elliphant zostały odwzajemnione w 100%. Sama artystka mówiła o tym, jak bardzo lubi grać w naszym kraju. Było to widać w każdym geście, ruchu czy przede wszystkim szerokim uśmiechu, który zdawał się powiększać z kolejnymi żywiołowymi reakcjami zebranego tłumu. Jedynie mały minus za tak wczesną porę. Elliphant jest stworzona do grania w nocy. Mimo to, była moc i niecierpliwie czekam jej powrotu do Polski.
/ Marcin Błajet /

PATRICK THE PAN / Alter Stage

W niebywale trudnych warunkach, zlany potem i wyraźnie zmęczony Piotr Madej potrafił oczarować garstkę publiczności swoimi kompozycjami ze starej i fenomenalnej nowej płyty. Zarówno mnie, jak i pewnie jemu marzy się jakiś slot po zmroku w namiocie.
/ Adam Bombrych /

IMG_3515

YEARS & YEARS / Tent Stage

Było szaleństwo, krzyki publiczności do złudzenia przypominające przejeżdżający po torach pociąg, był nawet wypełniony po brzegi i kilka metrów dalej namiot. Wyglądało to jakby cała Polska i tysiące najgłośniejszych gardeł przyjechało na ten sam koncert. Mimo, iż ich płyta jeszcze nie wyszła, my już i tak znamy prawie wszystkie utwory, a sam zespół powoli urasta do rangi legendy równej Backstreet Boys. Niestety w parze z tą całą otoczką nie idzie jakość. Jest potencjał, chłopaki zrobili show godne mistrzów, jednak zastanawiam się na ile to zasługa samego Olly’ego, a na ile ich fanów. Moim zdaniem największą robotę zrobili jednak ci drudzy, których sympatia do Years & Years przerasta jak na razie wszelkie ich muzyczne możliwości.
/ Adam Bombrych /

Panowie kochają Polskę, a Polska kocha panów. Ten koncert był tego najlepszym przykładem. Po koncercie Hoziera chyba wszyscy pobiegli do namiotu na Y&Y. Dosłownie. Tłum był tak ogromny, że niektórzy biegli wręcz nerwowo byle zmieścić się w Tent Stage. Ale niestety, Years & Years nie obronili się na żywo. Tłum psychofanów sukcesywnie zagłuszał Olly’ego, jednak po poznańskim koncercie wiem, że głośność jego mikrofonu jest najwyraźniej celowo ustawiona dość nisko. Jak więc było? Duszno, tłumnie, skocznie, jednak muzycznie nijako. No chyba że ktoś przyszedł do namiotu posłuchać samego podkładu.
/ Kuba Stadnicki /

Polska kocha Years & Years. Z wzajemnością. To zdecydowanie można było poczuć w openerowym namiocie. Młodzi Brytyjczycy ściągnęli tam ogromny tłum fanów, którzy po raz pierwszy mieli szansę zobaczyć swój ukochany zespół na tak dużej scenie. To właśnie ta publika robiła chyba największe wrażenie. Morze ludzi skaczących jak w dzikim plemiennym tańcu, wykrzykujących każde słowo piosenek, czasem głośniej niż wokalista. Długo czekałem na ten koncert i zupełnie się nie zawiodłem. Fantastyczna dawka tanecznej elektroniki okraszona świetnym wokalem Olly’ego Alexandra. Czy były niedociągnięcia? Oczywiście, chociaż wydaje mi się, że za nimi stały emocje. Olly, podobnie jak Elliphant nie przestawał uśmiechać się na widok reakcji publiki. To świetna sprawa, kiedy można być na koncercie kogoś, kto tak zwyczajnie cieszy się z tego, że może grać dla ludzi.
/ Marcin Błajet /

_MG_6484_mmurawski

HOZIER / Main Stage

Kto by pomyślał, że debiutant z gitarą może zgromadzić pod Main Stage tłum… Ten koncert obfitował w pełno mocnych dźwięków, emanował czystością głosu Hoziera i tysiącami fanów, którzy rozpływali się przy każdym kolejnym utworze. Najlepszy moment? Zaskakujący cover „Problem” Ariany Grande – wow.
/ Kuba Stadnicki /

KASABIAN / Main Stage

Z tym zespołem mam od dłuższego czasu nie lada problem. Kapela, której kilka lat temu namiętnie słuchałem i plasowałem wśród ulubionych formacji, jeszcze nigdy nie porwała mnie na żywo. Po Impact Festival widziałem ich drugi raz i po raz drugi oprócz poprawnych, żywiołowych kawałków nie dostałem nic więcej. W tym wszystkim brakuje mi jakiejś iskierki, która rozpali ten tytułowy „Fire”. Pozostaje jedynie tlące się, momentami większe zarzewie.
/ Adam Bombrych /

IMG_8516

ST. VINCENT / Tent Stage

Annie Clark pokazała wczoraj, że jeśli mowa o tym, kto dzierży tron, to tytuł królowej alternatywy należy wyłącznie do niej. Poczynając od doskonale ułożonej setlisty i muzycznych aspektów, które dały nam świetne gitarowe granie i rozkoszne solówki (jak chociażby po „Prince Johnny”), po sam układ choreograficzny i prezencję St. Vincent – wszystko to złożyło się na wybitny spektakl, który jednym tchem i z ręką na sercu wymieniam jako najlepsze momenty Open’era. Annie doskonale potrafi koncentrować uwagę zarówno na swojej muzyce, jak i na własnej osobie, łapiąc kontakt wzrokowy z konkretnymi osobami, od którego ciarki przeszywają całe ciało.
/ Adam Bombrych /

Teatralna, utalentowana i przepiękna Annie zachwyciła wszystkich. Pomimo dość skromnej frekwencji St. Vincent dała świetny koncert, w którym zachwyciła każdego swoją ekspresją i zdolnościami muzycznymi. To był zachwycający koncert, który potwierdził, że materiał z „St. Vincent” w pełni zasługuje na miano najlepszego albumu 2014 roku.
/ Kuba Stadnicki /

Oszałamiające. Tak w jednym słowie mogę podsumować kolejny namiotowy koncert. Zjawiskowo piękna Annie Clark, w blasku majestatu włada sceną i zgromadzoną publicznością. Genialne show, gdzie każdy najmniejszy gest jest przemyślany i zaplanowany. Show, gdzie każdy dźwięk wwierca się w umysł tak, aby nigdy go już nie opuścić. St. Vincent swoją wirtuozerią gitary elektrycznej zgniotła każdego mężczyznę-gitarzystę, jaki zagrał na tej edycji open’era. Kiedy powtórka?
/ Marcin Błajet /

302A8625BB - Kopia

DISCLOSURE / Main Stage

Opinie jak zwykle będą różne. Taneczne zakończenia poszczególnych dni wypadły w tym roku raz lepiej, raz gorzej. Lepiej wypadli na pewno Disclosure. Pośród kosmicznego zmęczenia trudno było wykrzesać z siebie resztki sił na taniec, jednak jeśli już komuś się udało, to bracia Lawrence stworzyli do tego idealne warunki swoim bardzo równym, może nie porywającym, ale jednak dobrym setem. Nie zabrakło doskonałych wykonów hitów typu „When A Fire Starts To Burn”, „Latch”, czy prawdziwego bangera i mojego faworyta z nadchodzącej płyty – „Bang That”. Jak na dwa przegapione koncerty jestem w pełni zadowolony z tego pierwszego razu.
/ Adam Bombrych /

Każdy, powtórzę – każdy kto uważa, że ten koncert był nudny najwyraźniej był w innym miejscu albo chodzi ze zbyt podniesionym nosem. Młodzi bracia Howard pobili wszystkie rekordy i zgromadzili pod sceną tak ogromną publikę, że nie mogłem wyjść spod wrażenia. I rozkręcili naprawdę świetną imprezę. Nawet daleko od sceny ludzie bawili się wybornie oglądając poczynania producentów na telebimach. Disclosure zagrali sporo materiału z nowego albumu i porwali wszystkich. Świetne show ze skromnymi wizualizacjami i kawałem świetnej muzyki. Main Stage nie mogła mieć lepszego koncertu zamknięcia.
/ Kuba Stadnicki /

Chociaż produkcja tego koncertu zgodnie z zapowiedziami była nowa i robiła duże wrażenie, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że obejrzałem dokładnie ten sam występ, co dwa lata temu w namiocie. Dzięki tej produkcji bracia Lawrence podźwignęli scenę główną, niestety nie można tego powiedzieć o muzyce. Źle skonstruowany set z małą ilością hitów, na które czekała publiczność, zbyt długi freestyle, który trudno było przypisać do nowego materiału. Bawiłem się dobrze, jednak nie sądzę, żeby to był koncert wart zapamiętania. Elektronika w takim wydaniu ma jeszcze długą drogę do przebycia, zanim będzie mogła na stałe zagościć na głównych scenach. Świadczą o tym pustki, jakie zaczęły robić się w połowie koncertu w strefie pod samą sceną.
/ Marcin Błajet /

_A6A6329_mmurawski

FLUME / Tent Stage

W tym wypadku elektronika obroniła się świetnie. Najlepsze możliwe party kończące open’era. Radość zabawy mieszała się ze smutkiem zbliżającego się końca festiwalu. Ciekawostką była wizyta Disclosure na scenie. Cel jej jednak nie był muzyczny. Chyba chodziło o hypowanie tłumu, który i tak był już oddany Flume’owi.
/ Marcin Błajet /

_MG_7398_mmurawski

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...