Spróbujcie złapać pierwsze skojarzenie, które przyjdzie Wam do głowy, kiedy przeczytacie nazwisko Amy Winehouse. Jestem przekonany, że większość z Was pomyśli o piosence „Rehab” bądź też obrazie, jaki malowały jej media. Obrazie pełnym alkoholu, narkotyków, zmęczonej twarzy piosenkarki i kolejnych rewelacji opartych o zdjęcia paparazzi. Ten wizerunek często zbyt mocno przykrywa fantastyczną i niebanalną twórczość artystki, w której za każdą piosenką stała konkretna historia.

Wytwórnia Universal, dla której Amy nagrywała swoją muzykę, postanowiła stworzyć film dokumentalny o życiu gwiazdy. Film, który czytając recenzje, stwierdzam, że koniecznie trzeba zobaczyć na własne oczy. Film, który ukazuje historię Amy Winehouse taką, jaką była naprawdę, taką, która zaskoczy wszystkich ślepo wierzących w bzdury wypisywane w kolorowej prasie. „Amy” oparte jest ne wielu prywatnych nagraniach i filmach zza sceny czy ze studia. Zrezygnowano tutaj z typowego dla produkcji dokumentalnych pokazywania na ekranie osób z rodziny czy przyjaciół, którzy opowiadają os bohaterze filmu. Na ekranie widzimy przede wszystkim Winehouse.

„Amy” podczas w festiwalu w Cannes była jedną z najbardziej obleganych produkcji. Tłum, któremu udało dostać się do sali kinowej opuścił ją zalany łzami. Mi wystarczyło dwie minuty trailera do uczucia zaciśniętego smutkiem gardła. „Amy” to dokument muzyczny, który warto zobaczyć nawet, jeśli nie jest się fanem twórczości Brytyjki. Na ekranach polskich kin pojawi się już za miesiąc, 7 sierpnia. Ja nie mogę doczekać się pierwszej projekcji.

Nie ma więcej wpisów